zakończone - Let us die young or let us live forever. | Cass & Tilda
Matilde Wallace - 2018-08-23, 20:05 Temat postu: Let us die young or let us live forever. | Cass & Tilda Syf. Wszędzie panował syf. Wallace rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu ukrytych saszetek z brązowym pyłem, ale nigdzie nie mogła ich znaleźć. Cholera. Była przekonana, że wczoraj schowała ukradzione Aaronowi zapasy do pudełka pod łóżkiem. Pamiętała to całkiem wyraźnie, a siniak pod okiem jedynie utwierdzał ją w przekonaniu. Jej twarz nie spotkała się z pięścią Whitemore’a po nic, prawda? Więc gdzie do cholery to było?! Zrozpaczona, rozdygotana Matilde zaczęła szukać po całym pokoju zielonej skrytki, tym samym robiąc chyba jeszcze większy bałagan niż wcześniej. Strzykawki, powyginane łyżeczki, popiół, stare kasety, ubrania i właściwie wszystko co należało do Aarona – teraz walało się po podłodze. Zapłaci jej za to ten gnojek. Nie miał nawet do czego już wracać. Była pewna, że to on zabrał jej heroinę. Pewnie tylko po to, by samemu sobie dać w żyłę. Kurwa. Czemu ona się wciąż spotykała z tym pierdolonym ćpunem? Matilde, której łzy zaczęły napływać do oczu, zamrugała kilkakrotnie powiekami. Jak niby miała teraz przywitać Cassandrę? Bez żadnego wkładu? Ona musiała coś wziąć. Nie mogła tego zrobić na sucho. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Dasz radę Wallace. Zanim na dobrą sprawę dała się ponieść emocjom, przetarła oczy wierzchem dłoni i sięgnęła po jakieś silniejsze tabletki przeciwbólowe, które miały w składzie opiaty. Musiało wystarczyć. Musiało. Zanim usłyszała pukanie do drzwi udało jej się choć odrobinę pomalować oko, a także założyć względnie wyglądające ubranie. Nie chciała martwić Gardner. Nie, kiedy właściwie wszystko było dobrze. Jej i Aaronowi ostatnio się nie układało, ale to kwestia czasu. Przecież był w niej zakochany i nie zrobi tego po raz drugi, czyż nie? Poza tym… chyba trochę jej się należało. Nie powinna ruszać towaru, który był przeznaczony na sprzedaż innym ćpunom. Wallace wzięła głęboki oddech, zamykając drzwi do sypialni, a potem z szerokim uśmiechem na twarzy powitała stojącą na ganku Cass.
– Cześć, panno wkrótce wychodzę za mąż i dlatego olewam swój rodzinny dom – mruknęła z przekąsem jednocześnie rzucając jej się na szyję. Nienawidziła tego, że Cassie mieszkała tak daleko od domu. Tęskniła za nią. Cholernie za nią tęskniła. Kiedy w końcu Wallace oderwała się od przyjaciółki, wskazała gestem głowy, by weszła do środka.
– Aaron jest w pracy, więc mamy dużo czasu, by o wszystkim pogadać. Co chcesz do picia? Wino? Drinka? – właściwie to miała chyba wszystko w swoim barku. Oboje z Aaronem woleli nieco inne używki niż alkohol, więc to co dostawali od znajomych leżało praktycznie nietknięte.
Cassandra Gardner - 2018-08-25, 03:34
Teatralnie wywracając oczami, mocno uściskała Tildę. Kąciki jej ust mimowolnie uniosły się w górę, a nastrój jakby się poprawił. Owszem, nadal nie czuła się zbyt pogodnie, jednakże już samo przywitanie zrobiło swoje. To dlatego tu przyjechała, czyż nie? Być może było to trochę samolubne, ale naprawdę tego potrzebowała. Zobaczyć się z Tilly, porozmawiać z nią jakkolwiek, byleby tylko nie przez telefon, spędzić razem trochę czasu, wyrwać się z wielkiego miasta, w którym czuła się coraz gorzej. Tęskniła za nią i za domem, zaczynając żałować, że w ogóle stąd wyjechała. W końcu było jej tutaj dobrze. A tam?
Już nie. Już nie było. Z początku myślała, że chodziło o zaskoczenie, że - tak jak i ona na samym początku - potrzebował przetrawić taką a nie inną ewentualność. W końcu to mogło zmienić praktycznie całe ich życie, wywracając je dosłownie do góry nogami. Była jednak pełna pozytywnych odczuć, w końcu chodziło o coś całkiem normalnego, nie? Ludzie w związkach, którzy się kochali, zazwyczaj prędzej czy później kończyli z dziećmi, zakładali rodziny, mieli typowe życie. To było zaskakujące, owszem, ale nie nietypowe, zwłaszcza że zaręczyli się już jakiś czas wcześniej, ale…
Ostatnie dni były dla niej niczym kolejno wymierzane policzki. Nagły chłód, oschłość, obojętność, spędzanie większości czasu w pracy lub poza domem, coraz bardziej zwiększający się dystans… W pierwszej chwili kompletnie tego nie rozumiała. Ba!, być może podświadomie wcale nie chciała tego zrozumieć, raz po raz powtarzając sobie te same głupoty, te same kłamstwa, które niczego nie zmieniały. Wystarczył moment, by oddalili się od siebie tak mocno, że przestawała poznawać kogoś, za kogo chciała przecież wyjść za mąż. Ufała mu, ale to wszystko… To zaczęło ją przerastać.
Aż wreszcie pękła, wyrzucając z siebie te wszystkie słowa, które wreszcie doprowadziły do otwartej konfrontacji.
Nie był gotowy...
Miał jebane trzydzieści trzy lata, obiecał jej poważny, dojrzały związek i nie był gotowy.
Nie wiedziała, co powinna zrobić, prócz bezmyślnego, pospiesznego wyjścia z mieszkania, w którym w tamtym momencie po prostu nie mogła zostać. Przez długi czas włóczyła się po parku, dwie noce spędzając w pobliskim hotelu, dopóki nie postanowiła nawiedzić jedynej znanej jej osoby, której mogła powiedzieć tak naprawdę wszystko.
Nie chciała zwalać się Wallace na głowę. Wiedziała, że ta ma swoje problemy - choć nigdy, przenigdy nie powiedziałaby, że tak poważne jak te, o których nie miała przecież zielonego pojęcia - ale potrzebowała tego spotkania. Nie widziały się twarzą w twarz od tak dawna, tylko ze sobą rozmawiając.
- Hej, panno ciekawe, kiedy ten dupek Aaron mi się oświadczy, żebym też mogła zacząć olewać swój dom rodzinny, bo robię to za słabo. - Odmruknęła, gdy Tilda ją puściła, robiąc jednocześnie kilka kroków w stronę wnętrza pomieszczenia. Zamierzała też spytać o wspomnianego ćwoka, jednakże przyjaciółka najwyraźniej postanowiła ją uprzedzić. - To dobrze, bo mam serdecznie dosyć facetów. - Zamykając oczy na sekundę, gdy po jej twarzy przebiegł prawie niezauważalny grymas, po chwili znowu się rozpogodziła, a na jej usta powrócił wcześniejszy uśmiech. - Bez urazy dla członka mojej szanownej rodziny. Masz może sok albo wodę?
Matilde Wallace - 2018-08-25, 20:30
Zawsze kiedy Cass była obok, Matilde było lepiej. Oprócz niej nie miała żadnych przyjaciół. Właściwie to był tylko Aaron, jego koledzy i ćpuny z pobliskiej meliny. To nie było towarzystwo jakiego, by chciała pochodząca z dobrego domu dwudziestoczteroletnia kobieta. A jednak. A jednak mimo wszystko znalazła się w tym miejscu na własne życzenie. I bynajmniej nie żałowała. Przynajmniej pierwszy raz w życiu nie czuła się jakby ktoś ją zamknął w klatce.
– Aaron i oświadczyny? On w ogóle wie że coś takiego istnieje? – spytała z przekąsem, kręcąc przy tym z rozbawieniem głową. Jakoś nie potrafiła sobie wyobrazić Whitemore’a proszącego ją o rękę. To było tak abstrakcyjne, że Wallace mimowolnie parsknęła śmiechem. Aaron był po prostu wielkim, niespełna trzydziestoletnim dzieciakiem, który marzył jedynie o kolejnej działce heroiny. Nieważne jak bardzo byłby w niej zakochany, jeśli ktoś mu nie powie, że ma zasugerować ślub – nigdy tego nie zrobi. A Matilde jakoś to nie przeszkadzało. Nie chciała zakładać rodziny.
– Ale to zdecydowanie wysłałoby mojego ojca na tamten świat – dodała, wykrzywiając usta w podkówkę. Widok jej ojca, dowiadującego się o ślubie z tym chłopakiem byłby po prostu bezcenny. Kiedyś zdecydowanie powinni to zrobić. Ale tylko po to, by dopiec Emilio.
– Och, skoro i tak miałam do niego dzwonić to może dyskretnie zasugeruję, by nie wracał na noc, huh? – właściwie i tak miała zamiar to zrobić. Jedynie tą dyskrecję zamieniłaby na agresywne „nie masz po co wracać do domu, jeśli nie przywieziesz mi towaru”. Mimo wszystko jednak bardziej zaniepokoił ją ten grymas na twarzy Gardner. Matilde westchnęła ciężko, by pokręcić z niedowierzaniem głową.
– Znowu ten deBill? Powiedz mi, co jest nie tak z tym facetem, huh? – a potem weszła za Cassandrą do środka, niemal od razu kierując swoje kroki do kuchni, by nalać przyjaciółce do kubka wody, czy soku, czy czegokolwiek tam potrzebowała. Sobie też czegoś nalała, zaraz po tym połykając kolejną tabletkę przeciwbólową. Rany, tak bardzo potrzebowała kolejnej dawki cukru. Gdzie do cholery był ten dupek, huh? I choć cholernie swędziała ją skóra i nie mogła się na niczym skupić, to miała ogromną nadzieję, że Cass się w niczym nie połapie. A już tym bardziej w tym, co najlepszego zrobił jej kuzyn poprzedniej nocy.
– Co się stało? – spytała w końcu, zaraz po tym jak postawiła kubki na ławie i usiadła na wielkiej, brzydkiej i dziurawej od papierosów kanapie. Nie wiodło im się najlepiej. Nie, kiedy całą kasę przeznaczali na heroinę i fajki.
Cassandra Gardner - 2018-08-29, 10:39
- Widziałam go na kilku ślubach. Oczywiście, nie jego własnych, ale... Chyba się liczy, nie? Jako zdobycie wiedzy i doświadczenia. - Parsknęła, niepoważnie się przy tym uśmiechając. Faktycznie - Aaron był prawdopodobnie najbardziej nieogarniętym w tych sprawach człowiekiem, jakiego tylko Tilda mogła sobie dobrać, ale to dodawało mu trochę uroku. Choć... Może sądziła tak tylko przez to, że byli rodziną? Istniało też takie prawdopodobieństwo, w końcu nie była obiektywna w sprawach związanych z tym tłumokiem. Tym bardziej, że chodziło też o jej najlepszą przyjaciółkę. Oczywiście, że wolałaby, żeby im wyszło, żeby Aaron chociaż trochę popracował nad naprawą swoich niezliczonych wad. Tak czy inaczej, tak naprawdę nic nie było do końca klarowne.
- Gdyby to zrobił, co byś mu powiedziała? - Spytała, uśmiechając się nieznacznie na wspomnienie o posłaniu ojca Tildy do grobu. Tak, tego człowieka niewątpliwie sama wysłałaby w piekielne czeluści. Był sto razy gorszy od kogokolwiek, kogo znała, a - patrząc na to, że obracała się w mafijno-gangsterskim towarzystwie - to nie świadczyło o nim zbyt dobrze. Kojarzyła ten typ ludzi i... Ugh, po prostu ugh.
- Nie obrazi się, że wywalamy go z jego własnego domu? - Sądziła, że raczej miało być zupełnie inaczej i jej kuzyn miał wykorzystać ten wieczór na kolejne szaleństwa z kumplami, ale nie wiedziała tego na sto procent. Być może Aaron zmienił swoje upodobania, być może jednak... No, wcale tego nie zrobił. Faceci potrafili być cholernie nieprzewidywalni. Zdawało się, że zna się kogoś na wylot, jednak... Sama przekonała się, że tak nie było. Gorzko się o tym przekonała.
- On... - Czy naprawdę chciała to teraz mówić? W takim miejscu i w taki sposób? Chyba wolała zaczekać, niż rozpocząć rozmowę od żalenia się czy narzekania, które i tak ostatecznie nic nie zmieniało. To była trudna, diabelnie skomplikowana i cholernie nieprzyjemna sytuacja, a ona... Chyba miała dosyć życia w taki sposób, samotnego zastanawiania się, co będzie, jeśli jej podejrzenia okażą się prawdziwe. Ostatecznie wydała z siebie coś na kształt wymijającego pomruku, po prostu zajmując miejsce na starej kanapie, która aż prosiła się o wymianę. Mimo wszystko, mieszkanie Tilly wydawało jej się znacznie cieplejsze niż jej własne w ostatnich dniach.
Z chwilą, w której Tilda do niej wróciła, Cass zsunęła buty, zahaczając ich czubkami o drewnianą nóżkę kanapy, po czym podwinęła kolana pod brodę i objęła je ramionami. Przesunęła się też kawałek, robiąc miejsce dla przyjaciółki, a gdy ta wreszcie usiadła obok niej, Cass - nadal w tej samej pozycji - oparła się o nią, kładąc jej głowę na ramieniu.
- Chyba jestem w ciąży... - Szepnęła cicho, wcale nie brzmiąc tak, jakby przyszła przekazać Tildzie radosną nowinę.
Matilde Wallace - 2018-08-31, 18:54
Cóż, Aaron zdecydowanie wiedział czym były śluby – tego była pewna. Nie do końca jednak była przekonana, czy zdawał sobie sprawę, jak dokładnie do nich dochodziło. Zresztą, nie musiała sobie zaprzątać tym głowy, bo to raczej nigdy nie miało mieć miejsca. Więc kiedy usłyszała pytanie Cassandry, na moment zamilkła, przygryzając policzek od środka. Była jej przyjaciółką – nie chciała jej okłamywać, ale… była też kuzynką Aarona. Czy mogła jej powiedzieć całkowitą prawdę?
– Spytałabym, czy jest to konieczne – wyrzuciła z siebie w końcu. Nie chciała ślubu, nie chciała małżeństwa. Nigdy tego nie pragnęła i nie wiedziała co musiałoby się stać, by zmieniła zdanie. Ale czy powiedziałaby Whitemore’owi „tak”?
– Sama nie wiem, Cass. Ostatnio nie jest między nami najlepiej – powiedziała to wreszcie. Może nie powinna się zwierzać na takie tematy rodzinie swojego faceta, ale przecież Cass przede wszystkim była jej przyjaciółką. Miała ją zrozumieć, prawda?
– Towarzystwo kolegów jest dla niego zdecydowanie bardziej atrakcyjne od nas – skwitowała, uśmiechając się gorzko. Poza tym… nie chciała go tutaj widzieć, nie dzisiaj. I choć zdecydowanie go kochała, nie wiedziała, czy po ostatniej awanturze to jeszcze wystarczało. Ani tym bardziej, czy ta miłość rzeczywiście była miłością, a nie chorą fantazją. Zanim zaczęli się bawić w heroinę wszystko wyglądało inaczej. Teraz jednak, gdy zaczynało brakować im pieniędzy wręcz walczyli między sobą o ostatnią działkę. To zdecydowanie nie powinno tak wyglądać.
Ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Nie, kiedy jej przyjaciółka najwidoczniej miała naprawdę poważny problem. I to co usłyszała było chyba ostatnią rzeczą, jaką spodziewała się usłyszeć. Kiedy te cztery słowa wydobyły się z ust Cass, Matilde na moment wstrzymała oddech. Cholera.
Bycie w ciąży zazwyczaj było dobrą wiadomością, prawda? Zwłaszcza dla kogoś kto miał wkrótce wyjść za mąż. A jednak, podskórnie czuła, że to wcale nie była dobra wiadomość. Brunetka objęła Cassie, gładząc ją czule po włosach.
– Niech zgadnę - nie jest tym zachwycony? – spytała prosto z mostu, nie kryjąc narastającej irytacji. Ale nie potrafiła owijać w bawełnę.
|
|
|