To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

zakończone - Teach me something I don't know

Scarlett Reynolds - 2018-07-20, 12:39
Temat postu: Teach me something I don't know
Data: 6.3.2018
Miejsce: cela w GC
Uczestnicy: Scarlett Reynolds, Vera Neumann


Życie w Genetically Clean do najłatwiejszych nie należało. Obowiązki, ciężkie decyzje i ściganie "wyjątkowych" przestępców raczej nie bez powodu wjeżdża na psychikę. Scarlett była dodatkowo w wojsku, gdzie naprawdę bardzo się zmieniła. Nie miała zbyt wielu przyjaciół, nie potrafiła zbyt dobrze nawiązywać kontaktów. Nieliczne, które się udały były bardziej trwałe, bo kiedy kogoś poznała to traciła swojego rodzaju jad.
Gdy przybyła do GC poznała kobietę, która od razu przypadła jej do gustu. I zdaje się, że wzajemnie również, bo po kilku miesiącach dziewczyna została uczennicą Very. Przy jej boku faktycznie można było się wiele nauczyć, choć niektóre z jej metod były dość drastyczne i Scottie nie zawsze pochwalała takie działania. Jednak ostatecznie rozkaz to dla niej rozkaz i nawet jeśli jej się coś nie podoba to robi to co musi. Verze chyba to podpasowało, dlatego często bierze ją na jakieś nauki.
Tak było tym razem. Miały się spotkać w jednej z cel. Dziewczyna przygotowała się psychicznie na ewentualne zdarzenia i ubrała na ciemno. Stanęła przed wejściem do celi i czekała na swoją mentorkę. Nie wiedziała co dokładnie się tu święci, więc wolała sama się nie pakować do środka.
Z jednej strony lubiła te lekcje, a z drugiej czasem była przerażona. Choć nigdy nie pokazała swoich uczuć względem wydobywania informacji w brutalny sposób. Nikt raczej nie mógł się tego domyślać, bo wykonywała swoje obowiązki bez zarzutów.
Spięła włosy w kucyk i zawiesiła wzrok na drzwiach, z których powinna nadejść Vera. Swoją drogą zawsze ją w jakiś sposób onieśmielała swoją urodą. Scottie czuła się przy niej jak szara myszka, ale jednocześnie dość swobodnie się wypowiadała w jej towarzystwie. Chociaż teraz może być dosyć spięta i jednocześnie skupiona, w końcu na pewno będzie miała jakieś zadanie.

Vera Neumann - 2018-07-20, 23:19

Mój dzień wolny był dniem na zabawę. Nie mogłam go sobie odpuścić, tym bardziej, że od jakiegoś czasu nasze cele wcale nie świeciły pustkami. Po tym nieszczęsnym marszu mutanci niemalże sami pakowali się w nasze sidła, jakby wewnętrznie czując, że są plagą tego świata. Jakby wiedzieli, że właśnie to należy uczynić, by uchronić nasze społeczeństwo przed kolejnymi plagami. Przed wynaturzeniami. Przed... Złem.
Dzisiaj jednak w mej zabawie prócz Howarda miała też towarzyszyć siostrzyczka mojego paskudnego, drugiego ochroniarza. Ugh. Wciąż byłam zła na Louanne, że przydzieliła mi właśnie Reynoldsa. Nie ufałam mu. Był zbyt cwany i zbyt narwany, by wpasować się w moją finezję. A Scarlett? Była jego idealnym przeciwieństwem, moim idealnym zastępcą. Jej urocza aparycja i niepozorne ciało było tym, co potrafiło najbardziej złamać każdą ofiarę. Była wierna i wykonywała rozkazy. Może i nie widziała jeszcze wszystkiego. Może nie była na wszystko gotowa. Może nie znała tak wyszukanych tortur. Ale chyba właśnie po to ją tu zapraszałam?
Stukot moich szpilek jak i kroki mojego dryblasa zaczęły się nieść po korytarzu, skracając nasz dystans ku Scottie i naszej dzisiejszej zabaweczce. Dzisiaj... Dzisiaj zamierzałam być wyjątkowo okrutna. Przygotować dziewczynę na to, czego nawet w wojsku mogła nie widzieć. Na coś, co w przyszłości może być jej dane do zrobienia. Na coś, co stanie się jej codziennością, gdy mój czas przeminie...
Nie byłam głupia. Zdawałam sobie sprawę, że odkąd wypuściłam jedną ze swych ofiar a druga samodzielnie uciekła, mogłam być na celowniku. Dodatkowo na moją niekorzyść wpływała tu moja choroba, która robiła ze mnie tak łatwy cel... Mogłam nawet nie wiedzieć, gdy mnie otrują. Mogłam nie wiedzieć, gdy mnie zranią. Mogłam przegapić każdy sygnał ostrzegawczy, nim wyląduję sześć stóp pod ziemią... Właśnie dlatego niezbędne było, by panna Reynolds szybciej poznała wszelkie niezbędne techniki zmuszające ofiary do mówienia, lub zapewniające po prostu dobrą zabawę...
- Reynolds. - Kiwnęłam w jej kierunku głową, stając przed celą, wyprostowana. Z całą pewnością wyróżniałam się od moich towarzyszy - nawet do brudnej roboty nie rezygnowałam z eleganckiej garsonki i materiałowych spodni. Włosy miałam spięte w kok za pomocą kilku szpilek, a mój makijaż był jak zawsze perfekcyjny. - Mam nadzieję, że jesteś gotowa? - Zapytałam po chwili, gdy Howard majstrował już przy zamku, by po chwili otworzyć celę.
Za jej drzwiami znajdował się około pięćdziesięcioletni mężczyzna, przestraszony, skuty, z obrożą na szyi i ze strużką krwi pod nosem. Po jego postawie pewne było, że nigdy nie należał do tych całych terrorystów - zgrzeszył jednak przeciwko ludzkości pozwalając na mutację, a my miałyśmy dać oczyszczenie jego duszy... Jak bardzo on się tego nie spodziewał.
Jego wzrok błagał o wolność, choć usta nic nie mówiły. Bały się? Nie miały sił? Nie znały słów? To nie było ważne.
Podeszłam do mężczyzny, chwytając jego policzki jedną dłonią i powolnie wbijając w jego skórę swoje paznokcie. - Mów, co wiesz. - Rzuciłam sucho, wiedząc, że był on jednym ze świadków marszu. Tak naprawdę wiedzieliśmy już o nim wiele - ale właśnie dlatego był najlepszym obiektem badawczym dla mej młodszej uczennicy. Gdy ten pokiwał przecząco głową, zarzekając się, że nic nie wie, odwróciłam się w kierunku brunetki z tajemniczym, delikatnym uśmiechem.
- Czy słyszałaś kiedyś krzyk osoby obdzieranej ze skóry...?

Scarlett Reynolds - 2018-07-30, 21:38

Scarlett podziwiała kobietę. Była doskonała pod każdym względem, choć jej niektóre metody naprawdę ją przerażały. Niemniej na większość rzeczy się już uodporniła, a na resztę spraw patrzyła tym samym obojętnym tonem. Nosiła maski już od dzieciństwa, by ojciec nie mógł poznać jej prawdziwych uczuć. Nie chciała dać mu tej satysfakcji. I od tamtej pory nikomu nie dawała. Nigdy nie mogli wiedzieć, kiedy udawała i to właśnie jej się podobało. Ona kontrolowała to jak odbierają ją inni. Potrafiła oszukać każdego, jeśli tylko chciała. Ale rzadko chciała, bo zwykle była to strata jej czasu.
- Dzień dobry - przywitała się z nienagannymi manierami. Nie mogła nie zauważyć jej eleganckiego ubioru i makijażu. Zawsze była piękna i równie bezwzględna co piękna. - Tak jest.
Scarlett była przyzwyczajona do przyjmowania rozkazów. Była zwykłym szeregowym mającym niewiele do gadania, więc nie stawiała się tylko robiła co do niej należy. Była gotowa na cokolwiek kobieta jej mogła przygotować. Zaraz się okaże, że jednak nie jest to zbyt kolorowa wizja i może ją nawet przerazić, ale nie wyprzedzajmy faktów.
Weszła do środka i zobaczyła obraz nędzy i rozpaczy. Starszy mężczyzna z obrożą na szyi, nieco poobijany i wystraszony. Dziewczyna patrzyła na niego z obojętnością, bo jego los jej nie wzruszał. Był mutantem, czyli należało się go pozbyć. Taka była kolej rzeczy, taką mieli pracę i w jakimś sensie pasję. Nawet nie obchodziło jej, że nic nie zrobił. Wystarczyło, że był mutantem. Jego błagalny wzrok również nie robił na niej wrażenia. Właściwie niewiele mogłoby zrobić.
"Prośba" Very nic nie dała i mężczyzna odmówił składania zeznań pokręceniem głowy. Scarlett zmarszczyła brwi już wiedząc co nastąpi.
- Tak, ale nie potrwał zbyt długo. Ofiara straciła przytomność z bólu - podeszła bliżej niezrażona propozycją. Poczuła nieprzyjemne ukłucie w żołądku, ale nie dała po sobie tego poznać.
W tym momencie musiała trzymać nerwy na wodzy i nawet w chwilach słabości i jakiegoś bliżej nieokreślone współczucia powstrzymać się od grymasu na twarzy. Nie mogła okazywać słabości. Chciała go jedynie zabić, nigdy nie lubiła tortur, ale oczywiście robiła to dla informacji. Obowiązek ponad wszystko inne.
- Czy on ma w ogóle język? - zapytała Very, zastanawiając się dlaczego nie użył ani jednego słowa odkąd tu weszły. Podejrzane, że nie sączył jadu, nie prosił o litość albo nie kłamał jak z nut, żeby tylko mu się upiekło.

Vera Neumann - 2018-08-14, 16:35

Reynolds, nawet, jeśli była tylko pionkiem, miała przed sobą piękną przyszłość. Widziałam to. Potrafiłam w niej to rozpoznać. Miała tę siłę, której brakuje wielu kobietom. Nie bała się, nie okazywała emocji, potrafiła być wyrachowana. Wiedziałam, że gdy tylko pojmie wszystko, co ja bym chciała przekazać moim następcom... Będzie czekał ją awans. Tacy ludzie nie mogą się marnować na pierwszej linii frontu. Byli zbyt cenni, zbyt doskonali... A ja wiedziałam, że moje dni są policzone. Musiałam mieć więc pewność, że ktoś będzie kontynuował moją misję. Ktoś... Ktoś musiał wyplewić tę zarazę.
- Tutaj mamy dobry okaz. Silny. Wytrzymały. Powinien być w stanie zobaczyć swoją skórę od środka. - Stwierdziłam niezwykle spokojnie, jakbym właśnie wspominała o pogodzie. Nie ruszał mnie strach malujący się w oczach mężczyzny, choć podziwiałam jego siłę woli. I oh... Jak pięknie było widzieć to przerażenie, gdy wiedzieli, co ich czeka... Nie zasłużyli na słodką nieświadomość. Nie, gdy miałam z sobą... Moją następczynię.
- Miałaś szansę samej to zrobić? - Zapytałam po chwili, wpatrując się w oczy dziewczyny, a jednocześnie wyciągając z kieszeni mój stary, zaufany i bardzo niewielki wojskowy nóż. Ach, tyle wspomnień... Jedna z moich najcenniejszych zdobyczy, niewielki tatuaż, jedno krótkie słówko... Kawałek skóry, należący niegdyś do Fowlera, odszedł od niego właśnie przez to niewielkie ostrze. A dziś nas czekała dużo weselsza zabawa. - Wymaga to trochę siły, ale po to mamy Howarda do pomocy. - Dodałam z niezwykłym uśmiechem na ustach. Cieszyły mnie takie aktywności, dawały swego rodzaju satysfakcję. Liczyła, że i młoda Scarlett zdoła w tym odnaleźć dla siebie uciechę. - Ma język, tylko boi się go użyć. Jego strata, nasz zysk. - Zaśmiałam się, podchodząc do mutanta i otwierając swój nóż, by po chwili wbić go w skórę mężczyzny na wysokości ramienia. Cięłam powoli, delikatnie, starając się, by linia była jak najbardziej równa. Krzyk mężczyzny z pewnością już zaczął się nieść po korytarzach cel, a mój drogi ochroniarz za każdym razem, gdy ta ofiara próbowała się wyrwać, doprowadzał ją do porządku. Krew już spływała po moich dłoniach, jak i całym ręku naszej dzisiejszej zabawki, gdy udało mi się połączyć pierwsze wbicie z ostatnim cięciem. Wtedy też ponownie spojrzałam na brunetkę, nie zdejmując z moich warg tego niepokojącego uśmiechu...
- Zechcesz czynić honory? - Zapytałam, unosząc jedną z moich brwi. Jeśli będzie w stanie to zrobić, zerwać chociaż odrobinę jego skóry... Z pewnością coś dobrego jeszcze z niej wyrośnie.

Scarlett Reynolds - 2018-09-17, 18:54

Jeśli o to chodzi to może Scarlett naprawdę była idealna. Wyrachowana, chłodna i skryta za maską, którą ciężko było zdjąć nawet przed najbliższymi. Nie znała dokładnych planów Very ani nawet jej sposobu myślenia. Nie szykowała się do żadnego awansu, po prostu robiła swoje, bo była w tym dobra. Nie wiedziała co przyniesie przyszłość, więc liczyło się tylko tu i teraz.
Kiwnęła głową, gdy opisywała mutanta jako swojego rodzaju eksponat, który będą właśnie rozkładać na czynniki pierwsze. Nie dawała mu tyle ile Vera. Sądziła, że zemdleje przy pierwszej dawce bólu. Tacy z pozoru silni byli najwrażliwsi. Jego oczy pełne strachu nie obchodziły Scottie. Nie widziała w nim człowieka, więc jego strach był nieistotny.
- Nie - przyznała od razu. Wiedziała, że nie ma sensu w tej kwestii kłamać, bo wyszłoby od razu, gdyby się za to zabrała. Wiedziała też jakie będzie jej zadanie i z jednej strony czuła nutkę podekscytowania, a z drugiej też obrzydzenia.
Spojrzała na Howarda, gdy tylko został wspomniany. Osiłek chyba tylko do tego się nadawał. Nigdy nie poświęciła mu zbyt wiele uwagi, nie zamieniła z nim żadnego słowa. Nie był interesującą osobą, poza tym rzadko kiedy miała ochotę na nowe znajomości.
Wtedy Vera zaczęła swój pokaz. Przez chwilę Scarlett obserwowała jak rani mężczyznę w jeden z najbardziej dotkliwych sposobów i jak osiłek przytrzymuje go w razie potrzeby. Ta czynność nie wzbudzała w niej pozytywnych uczuć. Traktowała to jako obowiązek i lekcję na przyszłość. Raczej nie odnajdzie w tym przyjemności, ale skoro już tutaj była to musiała to zrobić.
Kiwnęła głową, gdy Vera zadała pytanie. Było to raczej pytanie retoryczne, bo nie miała wyjścia z tej sytuacji. Nie mogła odmówić, więc po prostu podeszła do mężczyzny z pustką w oczach. Wyciągnęła swój najostrzejszy nóż z kieszeni i zaczęła ciąć drugie ramię. Nie było łatwo, bo po pierwsze ofiara wierzgała, a po drugie to jednak dość prezycyjna czynność. Starała się jednak robić to dokłdnie tak jak Vera i choć wiedziała, że nie wychodzi jej idealnie to chyba nie było tak źle. Mężczyzna już ledwo miał siłę krzyczeć, więc dziewczyna przypuszczała, że niedługo straci przytomność. W końcu każdy ma jakiś określony próg bólu, po przekroczeniu którego traci przytomność.
- Jak mi idzie? - zapytała swojej mentorki, bo to oczywiste, że chciała jej zaimponować. Starała się jak mogła i była w stanie poprawić technikę.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group