To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

zakończone - you will have nightmares forever!

ronnie henderson - 2018-06-16, 23:52
Temat postu: you will have nightmares forever!
Każde z nich nosiło na barkach jakiś ciężar. Ronnie, Fay, a nawet mała Penny, która przecież jeszcze tak niedawno straciła rodziców. Wydawało mu się jakby od tego momentu minęły wieki, a przecież to był zaledwie miesiąc, gdy razem z Fay odnaleźli dziewczynkę, ukrytą pod ciałem ojca. Mała wydawała się powoli odzyskiwać równowagę, jednak wciąż pozostawała milcząca. Z pewnością nie zachowywała się jak normalne, beztroskie dziecko, chociaż Ronniemu wydawało się, że widzi lekką poprawę. Chociaż może po prostu chciał to widzieć, bo zarówno on jak i Fay starali się, żeby Penny poczuła się bezpiecznie. Chociaż często było to osiągnąć skoro napięcie było niemalże namacalne. Każdy dziwny odgłos sprawiał, że Ronnie i Murphy wymieniali się przestraszonymi spojrzeniami. Cały teren ogrodzony metalową linką, którą Ronnie zamocował kilka dni temu, aby zaalarmowała o przybyciu nieproszonych gości. Chociaż tyle mógł zrobić. Na razie starali się nie stresować małej używaniem mocy. Nie chciała mówić o swoich krewnych, rodzinie. Zresztą Ronnie zostawił te dopytywanie Fay, bo nie był zbyt dobry w rozmawianiu z dziećmi. Z dorosłymi też sobie średnio radził. Wiedział, że zanim jednak znajdą jakieś bezpieczne miejsce dla Penny, będą musieli nauczyć jej jak opanować swoją moc. Wśród ludzi zbyt mocno ściągałaby na siebie ich uwagę. Nie mogli jej teraz zostawić. Zresztą… Gdzie mogli pójść po tym wszystkim? Bractwo miało ich za zdrajców, a Ronnie nie miał zbyt wielu przyjaciół, do których mógł zwrócić się o pomoc, a ludzie od których mógłby ją uzyskać… Powiedzmy, że nie chciał być im nic winny. Poza tym sam potrzebował trochę spokoju. Ucieczki. Wciąż był wściekły i lepiej dla niego było, gdy był tutaj z dala od świata, bo czasami zdarzało mu się pod wpływem emocji robić naprawdę głupie rzeczy. Był wściekły na siebie, na nich, na świat, na dogs, na Leona, na wszystko, więc może lepiej było mu tutaj. Z dala od pokusy dania upustu swojej złości. Zresztą to wszystko po części odciągało jego uwagę. Plątająca się po domku lub przed nim Penny. Fay.
Niewiele o tym myślał. A może wręcz przeciwnie? Po prostu szedł za ciosem. Może to co robili było nie do końca mądre. To nie był najlepszy czas. Nigdy nie był, ale potrzebował tego. Czuł się z tym dobrze. Chciał tego. Pod tym względem to było tak dziecinnie proste. Więc czemu miałby przestawać?
Może w końcu znalazł powód.
Od spotkania w barze rzadko miewał koszmary. Może wiązało się to po części z tym, że jego moc była nieaktywna? Nigdy nie myślał o tym w ten sposób, ale w ciągu tego tygodnia koszmar wyrwał go ze snu raptem raz. Gdy byli jeszcze u Andy’ego i nie musiał nikomu wtedy tłumaczyć dlaczego budzi się z krzykiem. Chociaż wciąż próbował używać mocy, ta nie wracała. Może dlatego jego ostrożność została uśpiona. Jako słodkopierdząco by to nie brzmiało - dość dobrze było zasnąć przy Fay czy też obudzić obok niej. Po prostu. W salonie znajdowała się tylko jedna rozkładana kanapa, a wydawało się że ani Murphy, ani Ronniemu nie przeszkadzało to, że musieli spać na niej we dwójkę. To co działo się po tym, gdy Penny szła spać, było ich małym sekretem.
Sen był przerażająco realny. Tak jak zawsze. To nie był jedna z tych wizji, które im zsyłała Penny. Chyba powoli nauczył się je odróżniać, a może po prostu nie doceniał w pełni mocy jaką władało dziecko. W takich momentach kompletnie zapomniał o rzeczywistości. Wydawało mu się, że wciąż tam jest. Że wszystko to co go otacza jest wciąż realne, a on musi za wszelką cenę walczyć o przetrwanie. Zdawało mu się, że wciąż czuje to wszystko, dokładnie jak ponad dziesięć lat temu. Palenie słońca, zapach spalenizny, słyszy ogłuszający huk wystrzałów, wciąż bierze udział w tych samych wydarzeniach, raz za razem i wciąż nie potrafi uświadomić sobie, że to wcale nie jest prawdziwe. Że te znajome ciała, które mijał wcale nie powinny się tam znajdować, bo przecież ich tam wcale nie było. Nigdy nie potrafił sobie uświadomić co dokładnie sprawiało, że budził się z krzykiem. Nie pamiętał tego momentu. Potrafił wytłumaczyć sobie dlaczego to się działo. Czuł wściekłość, czuł żal, strach, czuł się zagrożony, adrenalina buzowała w jego żyłach i… to po prostu było za dużo, nie panował nad tym. Nie przez sen. Nie gdy nie zdawał sobie sprawy z tego, że to wszystko nie było prawdziwe. Prawdopodobnie gdyby Fay nawet chciała go teraz obudzić, nie udałoby się jej.
Zerwał się, słysząc huk tłuczonego szkła, który niemalże zlewał się z tym co słyszał we śnie. Czuł, że momentalnie zlał się zimnym potem. Już wiedział co się dzieję. Już wiedział, że moc wróciła. Ciężko wypuścił powietrze z płuc, chowając twarz w dłonie. Był cały mokry. To tylko szyba. Przez chwilę czuł próbował unormować oddech. Potrzebował papierosa, a najlepiej wyjść z domku i zostać na schodach aż do rana. - Wszystko w porządku? - wydawało mu się, że nic się nie stało. Przecież powiedziałaby, gdyby coś było nie tak. Oprócz tego oczywiście, że przed chwilą nad ich głowami wybuchła szyba i dobrze, że była to tylko szyba. - Uważaj na szkło. Najlepiej się nie ruszaj. - powiedział, wysuwając się z pościeli, by pośpiesznie założyć jakieś spodnie. Chciał posprzątać ten bałagan i czuł, że powinien coś powiedzieć, a jednak… Nie lubił o tym rozmawiać. Nie na poważnie. Był teraz bardziej przerażony niż był wtedy w dogs, bo miał świadomość, że mogło się to skończyć tragicznie.

Fay Murphy - 2018-06-17, 10:39

Tej nocy nie miała żadnych snów, ani tych dobrych, ani z rodzaju tych, które nieświadomie potrafiła podsuwać im Penny. Spała spokojnie, całkiem mocno, chyba w końcu jako tako zostawiając za sobą przeszłe wydarzenia i skupiając się na tym, co obecnie było ważne. Mianowicie pomoc Penny.
Mała była z nimi dopiero drugi dzień, a już było wiadomo, że pomoc jej nie będzie tak łatwa, jak mogłoby się zdawać. Przede wszystkim próby nauczenia ją kontroli nad tą dziwną mgłą, iluzjami i podsycaniem uczucia strachu były naprawdę ciężkie ze względu na to, że żadne z nich tak naprawdę nie wiedziało, z czego się to bierze. Mogłoby się wydawać, że z negatywnych emocji takich jak złość czy właśnie strach, ale z drugiej strony starali się tu z Ronnim zapewnić jej jak najlepsze warunki. Byli bezpieczni, z daleka od ludzi, lecz mimo to koszmarki i tak potrafiły pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie. Kluczem do pomocy było rozkminienie tego, a dopiero później będzie miało sens szukanie kogoś z rodziny Penny, kto zechciałby się nią zaopiekować. W tym byli zgodni, dziewczynka potrzebowała normalnego domu, a nie starej chaty w lesie i kontaktu z cywilizacją jedynie wtedy, gdy w lodówce zaczęło robić się pusto.
Mimo to Fay starała się opracować jakiś plan działania. Znała ludzi, którzy mogliby pomóc w znalezieniu bliskich Penny, jednak wszystko to kosztowało i to niemało, a Murphy obecnie miała dostęp jedynie do połowy swoich środków, tych uzyskanych od Rogera. Druga część była skrzętnie ukryta pod podłogą ich domku w obozie, jednak na ten moment chyba nie odważyłaby pojechać tam i spróbować jej odzyskać. Nie, gdy od ataku na bractwo minęło tak mało czasu i podobno dogs i gc nie spuszczali tego terenu z oczu.
Ale już nie wybiegając w przyszłość i wracając do chwili obecnej. Aktualny stan rzeczy także przypadł Fay do gustu. Dawno nie miała kogoś tak bliskiego, a Ronnie... zdawali się rozumieć, wiedzieć, czego potrzebują w danym momencie i naprawdę cieszyła się, że po tym felernym ataku mężczyzna zdecydował się iść z nią. Nawet, jeśli pod pretekstem pomocy Penny, to Fay także sporo na tym skorzystała, bo samej z pewnością byłoby o wiele trudniej sobie z tym wszystkim poradzić.
Wiedziała, że Ronnie miewa koszmary. Miała tego świadomość już wcześniej, a i teraz, kiedy byli razem, zdarzyło mu się to raz czy dwa. Czuła, jak porusza się niespokojnie w łóżku obok niej, czasem nawet próbowała do niego mówić kojącym, spokojnym głosem, chociaż nie widziała, żeby przynosiło to jakiekolwiek rezultaty. Może na krótką chwilę, jednak później wszystko zaczynało się od nowa. Potem zazwyczaj się budził.
Teraz coś się zmieniło. Do tego wszystkiego doszły jeszcze chodzące w drewnianych ramach szyby i w pierwszym momencie Fay podniosła się, nie mając pojęcia co to za dźwięk i skąd dochodzi, ale gdy już zlokalizowała jego źródło, momentalnie połączyła fakty. Po prostu padła z powrotem na łóżko, chowając głowę za plecami rozłożonej kanapy, zanim szyba na dobre rozpadła się na setki kawałeczków, a grad odłamków runął naokoło miejsca, w którym się znajdowali.
Okej, musiała przyznać, że trochę to nią wstrząsnęło, ale ostatecznie... no właśnie, była to tylko szyba. Trochę szkła, które zaraz się zmiecie, a okno najwyżej zabezpieczy się drewnianymi okiennicami. Podniosła się, rozglądając po łóżku, żeby przypadkiem nie wsadzić dłoni w szkło.
- Tak w porządku, a z tobą? - spytała, przenosząc wzrok na Ronniego i to na nim się głównie skupiając, nie na sobie - Przynajmniej wiemy, że twoja moc wróciła - dodała, unosząc lekko kąciki ust, chcąc trochę rozluźnić atmosferę. Serce nadal biło jej szybko, starając się otrząsnąć po tej małej, porannej niespodziance.
- Okej - mruknęła jedynie, nie mając zamiaru się kłócić. Jedyne co to prawą ręką zgarnęła kilka pojedynczych szkiełek z pościeli na podłogę i wyjęła mały odłamek, który czuła, że spoczął na jej włosach. Lewą ręką nawet się nie zainteresowała, zwyczajnie o niej zapominając. Leżała dobie obok niej, oparta na materacu, chociaż... może powinna chociażby na nią zerknąć. Szczególnie, gdy poczuła delikatny zapach krwi...

ronnie henderson - 2018-06-19, 12:23

Widocznie zaufał sobie trochę za mocno. Nie miał zielonego pojęcia kiedy mutazyna przestanie blokować jego moc. Wydawało mu się, że to wszystko przyjdzie z czasem. Może tydzień, może dwa. Nie miał pojęcia jak dużo tego cholerstwa krąży w jego żyłach, ale starał się to jakoś przyspieszyć. Sprawdzał każdego dnia, próbował zmusić się do tego, żeby moc zadziałała, ale tak się nie działo. Denerwował się, ale to było na nic. Powinien pomyśleć o tym, że to może wrócić właśnie w takich okolicznościach, w jakich się pojawiło. Nie spodziewał się tego, a powinien o tym pomyśleć.
Jego moc była niebezpieczna. Nie tak bardzo odkąd nauczył się ją kontrolować, a jednak nie należało tego bagatelizować. Po części to właśnie zrobił. Nie pomyślał. Wydawało mu się, że wszystko będzie w porządku. Trochę uległ własnym zachciankom, bo wcale nie chciał uciekać z pościeli za każdym razem, gdy zaczynał robić się senny. Tak po prostu było mu dobrze. Cały czas tłumaczył to sobie powtarzając, że przecież skoro mutazyna wciąż działa, to nic się nie stanie. Stało się. Co prawda to nie było nic wielkiego. Nikomu nie stała się krzywda, a jednak najgorsza była myśl o tym co mogło się stać.
Był na siebie wściekły. Chociaż nie zrobił tego specjalnie, to po prostu to zrobił. Kawałki szyby leżały wokół miejsca, w którego oboje wcześniej leżeli, były na podłodze, w pościeli. Po części czuł ulgę, że to było tylko okno, ale z drugiej strony… co by się stało, gdyby spadł na nią jakiś większy odłamek? Gdyby wbił się jej w szyje, klatkę piersiową, brzuch… Nie potrafiłby nawet jej pomóc. Co by było gdyby to nie okno rozpadło się na małe kawałeczki. Przecież oboje widzieli co stało się z matką Penny. W sumie to chociaż to było tylko okno, to ukrywali się w lesie, a to był początek wiosny. Noce były zimne, a oni byli pośrodku niczego i nie mogli sobie serwować częstych wymian okien, tylko dlatego że Ronnie miał koszmary.
- Tak, ze mną wszystko w porządku. - rzucił trochę chłodnym tonem. Był jeszcze roztrzęsiony. Podobnie zresztą jak ona. Serce waliło mu tak szybko, że jeszcze chwila a mogłoby wyskoczyć z piersi. Nie mógł opanować oddechu. To był tylko sen, ten sam powtarzający się tak często od kilkunastu lat. Czasami niektóre szczegóły się zmieniały, czasami dochodziły jakieś makabryczne wspomnienia, ale to wciąż był ten sam koszmar. Nie mógł nic zrobić z tym, że po prostu nie potrafił sobie z tym poradzić. To wszystko było zbyt realne. Dopiero po obudzeniu zdawał sobie sprawę z tego, że to był tylko sen. Nie zmieniało to jednak tego, że czuł się z tym po prostu głupio. Miał trzydzieści trzy lata, a wciąż bał się potwora z szafy. Tylko, że w jego wypadku tym potworem były jego wspomnienia.
Początkowo nawet nie zauważył, że jest ranna. Nic nie powiedziała. On nie zauważył krwi. Zerknął tylko na jej twarz, ale oprócz kilku kawałków we włosach, wszystko wydawało się być ok. Naprawdę nie chciał jej przestraszyć. W innym wypadku miałby to gdzieś. Mógłby przestraszyć kogokolwiek i miałby o gdzikeś. Ale nie Fay. Chciał, żeby nie tylko Penny czuła się tutaj bezpiecznie.
Najprościej było po prostu podnieść ją z łóżka. Wcale nie chciał traktować jej jak chorej, ale szkło było wszędzie i jeśli ktoś powinien się nim skaleczyć to powinien być to on. Dopiero podnosząc ją zauważył krwawe ślady na pościeli. Zresztą po chwili sam to zauważył. W jej lewą rękę wbity był duży kawałek szkła, a sama rana krwawiła dość obficie. - Dlaczego do cholery nic nie powiedziałaś?! - krzyknął, kompletnie zapominając o tym, że o ile rozbicie szyby mogło nie obudzić małej, to mógłby to zrobić jego krzyk. Spanikował. Teraz przestraszył się nie nie na żarty.. Nie powinien się wściekać, bo przecież… Chyba domyślał się, dlaczego mogła tego nie poczuć. Zauważył to. Nie był ślepy, a może po prostu po tylu latach uciekania stał się tak podejrzliwy, że każdego mu patrzył na ręce (jak widać dosłownie i w przenośni). Nie wiedział dokładnie o co chodzi, ale zwrócił na to uwagę. Wiedział, że coś jest nie tak. Nie domyślał się tylko jak bardzo.
Popchnął ją w stronę najbliższego krzesła, bo jednak podobnie jak on zmarniałą trochę w ciągu ostatnich tygodni i nie chciał, żeby jakby tego było mało zemdlała. Sam pośpiesznie zaczął szukać apteczki. Co prawda nie mieli zbyt dużo rzeczy, tylko te najpotrzebniejsze i na szczęście między nimi znajdowała się woda utleniona, kawałek jakiejś gazy, trochę tępe nożyczki i bandaż. Nie znał się na ranach, ale jak na jego oko ta krwawiła dość mocno, a Fay była dość drobna. Martwił się, był na siebie wściekły, bo czuł się jakby to on jej to zrobił. Kucnął przed nią i wziął jej rękę, przyglądając się jej ze zmarszczonymi brwiami. Trzeba było to wyciągnąć i oczyścić ranę. Delikatnie poruszył odłamkiem, żeby sprawdzić jak głęboko jest. Powinno zaboleć, ale wydawało się nie robić to na Fay żadnego wrażenia. - Ty tego nie czujesz, prawda? - uniósł wzrok do jej oczu. Niby zadał pytanie, ale tak naprawdę po prostu to stwierdził, bo dopiero teraz to do niego dotarło. Rana powinna boleć, poruszanie szkłem powinno boleć, aż w końcu powinna to po prostu poczuć, w szoku mogła nie poczuć bólu, ale mogła poczuć wilgoć, spływającą krew.

Fay Murphy - 2018-06-19, 13:39

To nie była tylko wina Ronniego, przecież Fay też doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jakie moce posiadał. Wiedziała, że podczas snu takie rzeczy mogły się zdarzyć, widziała na własne oczy na przykładzie matki Penny jego możliwości. Jednak tak samo jak Henderson nie wiedziała, ile czasu minie, zanim mutazyna nie będzie tego blokować.
Ryzykowali, po prostu. Obojgu było tak dobrze i oboje chociaż na kilka dni nie chcieli myśleć o konsekwencjach tego, co mogłoby się wydarzyć. Równie dobrze moc mogła wrócić w dzień, niczego nie niszcząc - po prostu nie byli w stanie tego przewidzieć.
Wróciła teraz, w nocy, gdy oboje spali. No stało się, trudno. Nie było sensu biczować za inne scenariusze, które mogłyby się wydarzyć, skoro zbita została jedynie szyba. Po prostu od tej pory będą musieli uważać nieco bardziej. A teraz najwyżej wymienią szybę, albo zabezpieczą okno w jakiś inny sposób, a na noc najwyżej postarają się o dodatkowe koce. Nie z takich opresji wychodzili bez szwanku, nie z takimi problemami sobie radzili.
Widziała, że nie było z nim do końca w porządku, ale nie drążyła tematu. Chyba oboje potrzebowali chwili czy dwóch, żeby uspokoić się po tej nagłej pobudce, a potem jakoś wygrzebać z pościeli i zrobić tu porządek. Fay miała też zamiar zajrzeć do małej czy wciąż śpi, ale skoro dziewczynka nie pojawiła się w progu żeby zobaczyć, co się stało, to można było wnioskować, że dźwięk zbijanej szyby jej nie zbudził. Zresztą, nic dziwnego, że spała mocno, gdy w ciągu dnia zmagała się ze swoimi mocami. Wyczerpanie było tego nieodłączną częścią.
Mogła iść sama. Po prostu wsunęłaby stopy w klapki, wcześniej wyciągając z nich szkło i przeszłaby te kilka metrów do kuchni, żeby wziąć miotłę. I to właśnie miała zamiar powiedzieć Ronniemu, gdyby nie zobaczyła czerwonej plamki na spodniach dresowych, w których spała. Jednej, potem drugiej i trzeciej, co zaprowadziło jej wzrok do lewej ręki i odłamka wystającego z wewnętrznej części przedramienia.
- Szlag... ja nie... nie krzycz, zbudzisz Penny - powiedziała do Hendersona, trochę przejęta faktem, że leciała jej krew, jednak z racji tego, że kompletnie nic nie czuła, dużo łatwiej było jej zachować względny spokój. Teraz wystarczyło jedynie się pilnować, żeby nie ruszać za bardzo ręką i czegoś sobie w niej nie popsuć, bo nie będzie wiedziała, jeśli tak się stanie. Prawą ręką złapała ją od spodu, żeby zatrzymać spływającą krew.
- Nic się nie stało, zaraz... zaraz to naprawimy... chwila, uwaga na pościel, ciężko będzie to doprać - mówiła, dość składnie i rzeczowo jak na osobę z wystającym z przedramienia szkłem. Pewnie gdyby była to prawa ręka nie byłaby taka spokojna. W sumie to nawet cieszyła się, że przynajmniej nie bolało. Dużo łatwiej było jej robić dobrą minę do złej gry.
Mimo, że zapach krwi nie należał do jej ulubionych, to nie czuła się, jakby miała zaraz zasłabnąć. Wręcz przeciwnie, przez początkowy szok i przejęcie czuła się całkiem pobudzona.
Bez słowa usiadła na krześle czekając, aż Ronnie przyniesie jakiś opatrunek i bardzo starając się nie ubrudzić krwią wszystkiego dookoła. Jedyne co miała w zasięgu to ręczniki papierowe, więc zerwała ze trzy, żeby przytrzymać je od spodu, by to na nich gromadziła się ewentualna krew.
Niby była przyzwyczajona do tego uczucia... a właściwie jego braku. Zupełnie jakby tej ręki po prostu tam nie było, jakby nie należała do niej. Patrzyła, jak Ronnie delikatnie porusza szkłem, a mimo to nie reagowała na to w sposób, jaki powinna.
Na jego pytanie odpowiedziała z lekkim opóźnieniem, może i nawet oporem, chociaż spodziewała się go. Właściwie to byłaby zdziwiona, gdyby nie padło.
- Nie - westchnęła pod nosem - Dlatego rób co trzeba i nie przejmuj się - dodała, dobierając jeszcze jeden ręcznik papierowy i umieszczając je razem z tamtymi bo teraz, gdy Ronnie wyciągnie szkło, krwi poleci pewnie trochę więcej. Właściwie to w normalnych okolicznościach pewnie w ogóle nie powinni ruszać odłamka, a jedynie go zabezpieczyć i udać się do szpitala, ale cóż... w ich przypadkach sprawa była nieco bardziej skomplikowana.

ronnie henderson - 2018-06-19, 17:33

Nie mógł nie myśleć o tym co się mogło stać. Taki już był. Powinien potrafić to opanować. Czasami był jak chodząca bomba zegarowa, a w tym wypadku jak śpiąca bomba, której za nic nie dało się rozbroić. Narobił bałaganu i pal już licho to, że trzeba było go posprzątać, ale to była jedna z tych rzeczy, której również nie potrafił naprawić albo zmienić. Na dodatek okazało się, że wcale nie skończyło się bez ofiar o czym jasno przypominała mu czerwona plama na pościeli. Przez chwilę dał się oszukać złudzeniu, że może być normalny, że wszystko może być chociaż w najmniejszym stopniu “w porządku”. Powinien pamiętać, że takie rzeczy nie były dla niego. Nie z wyboru. Tak już było. Może po prostu był jakiś przeklęty. Szybę dało się wymienić, bałagan posprzątać, ale to wciąż nie zmieniało to, że jutrzejszego dnia może zdarzyć się to samo i następnego, i następnego. Będą musieli być ostrożni, ale to była kwestia tego, że on w niektórych aspektach swojego życia wcale nie chciał być ostrożny. Nie chciał myśleć o tym, że nie może sobie nawet pozwolić zmrużyć oka będąc obok niej. Poczucie pozornej normalności rozpieprzyło się w proch, podobnie jak ta biedna szybka.
- Mam w dupie pościel, Fay. - pokręcił energicznie głową, widząc jak spokojnie zachowuje się. On nie był spokojny. Był wściekły na siebie, a widząc jak bardzo krwawi jej ręka, jeszcze bardziej się denerwował. Na szczęście udało mu się znaleźć wszystko czego potrzebowali, a przynajmniej wszystko co wydawało mu się że jest teraz ważne. Fay nie oponowała, więc prawdopodobnie nie robił niczego tak jak nie powinien.
Pokiwał głową, patrząc na nią uważnie, gdy stwierdziła, że ona tego nie czuje. Chrząknął cicho. Nie za bardzo chciał wyciągać ten kawałek szkła samodzielnie, ale nie mieli wyboru. Nie mógł jej przecież zabrać do ostry dyżur, gdzie z pewnością poradzono by sobie z tym znacznie sprawniej i przede wszystkim byłoby bezpieczniej. Mimo, że powiedziała że nic nie czuje, wyciągnął szkło ostrożnie z jej rany, raz na jakiś czas zerkając na nią i sprawdzając czy na pewno wszystko jest w porządku. Przycisnął gaze do rany, z której zaczęło toczyć jeszcze więcej krwi. Korciło go, żeby zapytać o to co się stało. Musiało się coś stać. Oczywiście, że widział blizny, które miała na przedramieniu. Może była kiedyś na coś chora? Może miała jakiś wypadek. Czuł, że to bardzo osobiste pytanie, bo pewnie wspomniałbym o tym wcześniej jakby chciała o tym porozmawiać albo nie sprawiłoby to jej żadnej trudności. Krew nadal sączyła się z rany. Niezdarnie wyciągnął rękę po kolejny porcję gazy i przycisnął ją do rany. Miał nadzieję, że zaraz ustąpi. - Fay.. Wiesz, że ja nie... - mruknął, podnosząc wzrok.. - Nie wiem co mi odjebało. - pokręcił głowę. - Chociaż właściwie to wiem, bo to zawsze się zdarza… Nie pomyślałem nawet o tym. Mogłem pomyśleć. Powinienem pomyśleć. - spojrzał na nią. Mówił zdenerwowanym tonem, może trochę bez ładu i składu, ale nie wiedział co powinien jej powiedzieć. Na swój sposób przepraszał, bo co innego miał zrobić? Czuł się winny, a kopanie krzeseł i rzucanie przedmiotami, wcale niczego by nie naprawiło. Właściwie jedyną rzeczą, która trzymała go teraz w jednym miejscu było to, że musiał zrobić jej jakiś opatrunek.

Fay Murphy - 2018-06-19, 18:39

Fay spojrzała na niego spode łba. Tak, on miał pościel w dupie, ale potem będzie trzeba to doczyścić. A to się najpewniej skończy dużą, różową plamą i... ugh, tu nawet nie było dyskusji, po co robić jeszcze większy bałagan niż jest? Jeśli można było tego uniknąć? Owszem, miała na uwadze, że szkło w ręce było jakby priorytetem do zajęcia się, ale skoro nie umierała z bólu, to równie dobrze mogła myśleć o innych, tych bardziej pobocznych rzeczach.
Uczucie było dziwne, jak zwykle. Można to spokojnie porównać do znieczulenia, gdzie ma się świadomość wykonywanego zabiegu, jednak mimo to nie rejestruje się bólu. Tu było tak samo. Ronnie zaczął powoli ruszać odłamkiem, wyciągać go. W pewnym momencie Fay po prostu odwróciła wzrok, nie chcąc patrząc na intensywniej płynącą krew, jednak za to czuła na sobie spojrzenia Ronniego. Domyślała się, że sprawdzał, czy powiedziała prawdę, czy przypadkiem tylko nie udawała, że jej nie boli, a tak naprawdę krzywiła się przy każdym ruchu w okolicach jej rany. Chyba go nie zawiodła, skoro nawet nie pisnęła, a jedyne, co jej dokuczało, to metaliczny, mdlący zapach.
- Daj, przytrzymam. Weź bandaż - powiedziała, wracając wzrokiem do rany, gdy ta już była przykryta kilkoma warstwami gazy. Ręcznikiem starła krew, która spłynęła na drugą część ramienia i odłożyła go gdzieś na bok, żeby mieć wolną prawą rękę. Przycisnęła palce do tamtego miejsca, żeby Ronnie mógł swobodnie owinąć wszystko bandażem i jeśli to zrobi, to by chyba było na tyle. Kryzys zażegnany.
- Nie, przestań... naprawdę nie musisz nic mówić - pokręciła głową - Ja pomyślałam, a mimo to... sama się na to zgodziłam, tak? Byliśmy na mutazynie i teoretycznie ryzyko spadło do zera. Było nam dobrze i nie chcieliśmy tego zmieniać - powiedziała, patrząc mu w oczy i przez krótką chwilę cholernie żałując, że obie ręce miała zajęte - Bo chyba nie powiesz mi, że nie podobało ci się te ostatnie kilka nocy, hmm? - dodała, unosząc kąciki ust w lekko zadziornym uśmieszku, jednocześnie utwierdzającym go w przekonaniu, że wszystko jest w porządku, nie jest w żaden sposób zła za to, co się stało. Ot, chciała lekko rozładować atmosferę - A teraz, skoro moc wróciła, najwyżej pomyślimy, jak to rozwiązać. Na noc mogę iść do Penny, ewentualnie... chyba widziałam gdzieś tu łóżko polowe. Jakoś sobie poradzimy - powiedziała, wzruszając lekko ramionami. Jakoś rozwiążą ten mały problem, nie mieli innego wyjścia.

ronnie henderson - 2018-06-19, 20:16

W zasadzie to mu wcale nie przeszkadzało. No może troszeczkę, ale z pewnością w tym momencie ostatnią rzeczą jaką się przejmował była poplamiona pościel. Miał nadzieję, że odłamek nie przerwał jakiejś tętnicy i Fay nie zacznie się wykrwawiać, bo wtedy będą mieli poważne kłopoty. Właściwie to w odróżnieniu do niego zachowywała się dość spokojnie, jakby kompletnie nic się nie stało.
Polał ranę wodą utlenioną, mając nadzieję, że to wystarczy by nie wdało się jej jakieś zakażenie, bo rana mimo że powoli przestawała krwawić była dość głęboka. Podczas gdy Fay trzymała gazę, on starał się zrobić jakiś prowizoryczny opatrunek. Pewnie widziała lepsze w swoim życiu, ale gdy już skończył wszystko wydawało się trzymać kupy. Nie mógł stwierdzić czy nie zawiązał go trochę za ciasno, ale wydawało mu się, że wszystko jest w porządku. Przynajmniej jak na tą chwilę.
Tutaj miała rację. Podobało mu się kilka ostatnich nocy i chyba dlatego tak łatwo udało mu się zapomnieć o tym, że pewnej nocy mogłoby się coś stać. Uśmiechnął się do niej lekko. - Nie narzekam. - mruknął, muskając kciukiem jej dłoń. Szkoda tylko, że nie mogła tego poczuć. Musiał się chyba do tego przyzwyczaić.
Pokiwał głową. - Wątpię żebym mógł jeszcze dzisiaj zasnąć. - powiedział, kładąc dłonie na siedzisku krzesła, na wysokości jej ud. - Może przejdę się i sprawdzę czy wszystko jest porządku. Ale najpierw ogarnę ten bałagan. Idź spać, zostało ci jeszcze kilka godzin snu. - mruknął. Przez ostatnie dni spał jak aniołek, co było dość ironiczne, biorąc pod uwagę co się stało. Właściwie pierwszy raz od wielu lat przespał kilka całych nocy w ciągu. Ale widocznie musiał wrócić do rzeczywistości. Koszmar, opatrywanie rany. Wiedział, że dzisiaj prawdopodobnie skończyłoby się na wpatrywaniu się w sufit. Normalnie w takich okolicznościach błąkałby się pewnie po obozie albo siedział na schodkach domku, bo nie mógłby wytrzymać na niewygodnej podłodze.
Podniósł się do pozycji stojącej. - Na pewno wszystko w porządku? - zapytał, zerkając na jej rękę. Wydawała się być trochę bledsza niż zwykle, ale równie dobrze to mogła być zasługa światła albo po prostu była niewyspana, a może tak sobie po prostu wmawiał, żeby poczuć się z tym wszystkim jeszcze gorzej.

Fay Murphy - 2018-06-19, 21:18

Tętnice, tak... Fay chyba nie za bardzo myślała, jak wiele rzeczy mógł uszkodzić taki odłamek. Dla niej jeśli nie bolało, nie było większego problemu, chociaż wiedziała, jak bardzo zgubne było takie myślenie. Co jednak miała zrobić? Gdy kiedyś zrobiła sobie coś z palcem, już nie pamiętała, czy był on wybity, skręcony czy tylko stłuczony, też nie miała pojęcia, że cokolwiek jest nie tak, dopóki nie zobaczyła krwiaka czy opuchlizny. Nie przerwała wykonywanej wtedy czynności, bo przecież nic ją nie bolało.
Murphy też nie potrafiła stwierdzić, czy opatrunek nie był zawiązany za ciasno ale skoro udało jej się wsunąć pod niego mały palec to chyba nie powinien zadziałać aż za dobrze, całkowicie blokując napływ krwi do dłoni. Właściwie to wyglądało to całkiem nieźle, chociaż pewnie będzie musiała zwracać uwagę, czy krew aby nie przesiąka przez opatrunek.
- Więc nie myśl już o tym, bo nic się nie stało. To tylko trochę krwi, mam jej jeszcze sporo - powiedziała, uśmiechając się kątem ust i po chwili nachylając się lekko na krześle, żeby móc musnąć jego wargi swoimi. Prostując się podniosła z ziemi zakrwawione ręczniki, które w późniejszym czasie miały skończyć w koszu.
- Ja na razie też. Ale może to i lepiej, trzeba posprzątać szkło, zanim Penny wstanie - odparła, wzruszając lekko ramionami - Trzeba zrobić coś z oknem. Myślę, że można spróbować ruszyć okiennice, zanim zrobi się tu zupełnie zimno - powiedziała, bo już teraz, w czasie gdy zajmowali się jej ręką, w pokoju zdążyło się już trochę wychłodzić. Okiennice też nie były jakieś super szczelne, ale może gdyby udało się zapchać szpary kocem czy ręcznikiem, dałoby to jako taką izolację. Przynajmniej na teraz, dopóki nie wymyślą czegoś lepszego.
Na ostatnie słowa Ronniego pokręciła jedynie głową - Później. Pomogę ci z tym szkłem - dodała, podnosząc się z miejsca, żeby zaraz podejść do zlewu i opłukać dłonie, na których było jeszcze trochę krwi. I raczej w kwestii sprzątania nic nie miało zmienić jej decyzji. Poza tym jak miałaby zasnąć, gdy Ronnie będzie chodził dookoła łóżka ze zmiotką? Już lepiej było zająć się tym we dwójkę i szybciej położyć.
- Na pewno. Dam ci znać, jeśli będę miała ochotę zemdleć - rzuciła jedynie, zaczynając rozglądać się za szczotką. Mogła być trochę bledsza, ale jak już, to tylko przez widok krwi. Dobra strona tego złego, że przez brak szyby zapach szybciej wywietrzeje.

ronnie henderson - 2018-06-19, 22:28

Uśmiechnął się do niej ciężko. - To nie powinno się stać... - mruknął, ale skutecznie zamknęła mu usta, zanim zdążył powiedzieć jej coś więcej.
- Zajmę się tym. - powiedział stanowczo, szukając wzrokiem koszulki. On narozrabiał, więc on powinien naprawić to co zniszczył. To przez niego miała teraz opatrunek na ręce i może sama go o to nie obwiniała, ale on czuł się winny, więc nawet nie chciał żeby pomagała mu sprzątać. Chyba czułby się z tym jeszcze gorzej.
Poszukał wzrokiem koszulki, bo faktycznie w pokoju zrobiło się dość chłodno. Poza tym podczas gdy Fay pląsająca w świetle wschodzącego słońca w piżamie po salonie była dość przyjemna dla oka, jego pokryta bliznami klatka piersiowa i plecy sprawiały, że można było nie mieć ochoty na śniadanie.
Gdy już znalazł koszulkę, zarzucił ją na siebie i podrzucił Fay jakąś bluzę, bo z chwili na chwilę robiło się coraz zimniej. Zajął się sprzątaniem tego bałaganu - w miarę cicho wytrzepał kanapę i pościel, a gdy wszystko znalazło się już na podłodze, zajął się zamiataniem tego na kupkę. Już się przyzwyczaił. Dość często mu się to zdarzało, więc wszystkie te czynności wykonywał dość machinalnie. Za pewne Fay nie odpuściła sobie kręcenia się obok niego, więc w pewnym momencie przystanął i spojrzał na nią. - Co się stało z twoją ręką? - zapytał. Już dawno chciał zadać te pytanie, ale nie wiedział czy powinien pytać o to tak wprost. Ostatecznie, doszedł do wniosku, że ostatnie dość często zdarzało im się przekraczać swoją przestrzeń osobistą, więc mógł to zrobić. Sam nie lubił odpowiadać na ciężkie pytania i bardzo cenił sobie to, że Fay takich nie zadawała, ale czasami… no cóż, chciał wiedzieć o niej niektóre rzeczy, nawet jeśli nie nawiązywały do najmilszych wspomnień.

Fay Murphy - 2018-06-19, 23:45

- Ale stało, trudno. Potem zastanowimy się co zrobić, żeby więcej się nie powtórzyło - odparła, po chwili skradając jeszcze jeden krótki pocałunek, zanim całkowicie się od niego odsunęła, żeby móc zająć się sprzątaniem.
Reszta poszła im całkiem sprawnie. Jakoś zabezpieczyli okno, że zimne powietrze już nie dostawało się do środka w takich ilościach, co wcześniej. Na niższą temperaturę w pokoju poradzili sobie bluzami, potem zabrali się za szkło zgromadzone na podłodze i kanapie, cały czas starając się zachować względnie cicho, żeby nie obudzić Penny. Chociaż... skoro przespała tłukące się okno i krzyki Ronniego, to chyba nic już nie było w stanie przerwać jej snu.
Przy zamiataniu odłamków pojawił się taki problem, że szczotka i szufelka była niestety jedna. Dodatkowo sprawniej było, gdy obie te rzeczy obsługiwała jedna osoba, więc Fay siłą rzeczy musiała odpuścić i pozwolić zająć się tym Hendersonowi. Sama, żeby nie przeszkadzać, po prostu wróciła na łóżko, siadając na nim po turecku. Chyba najrozsądniejsze, co mogła w tej chwili zrobić.
Szczerze myślała, że Ronnie po prostu odpuścił. Nie zadał pytania wcześniej, więc uznała, że zostawił temat, co jej akuratnie całkiem się podobało. Niby nigdy nie robiła z tego tajemnicy jednak z drugiej stony było to coś, co sprawiało, że odstawała. Miała z tą ręką problemy, czasem bywała przez nią odrobinę, hmm... niezdarna? Nigdy nie lubiła się z tego tłumaczyć.
Korciło ją, żeby odpowiedzieć, że wbił jej się w nią odłamek szkła, chociaż wiedziała, że nie o to mu chodzi. Był ciekawy, jak to się stało, że niczego nie czuła.
- Wspominałam, że przez jakiś czas byłam poddawana terapii normalizującej - zaczęła, wzdychając cicho pod nosem - Moja matka... robiła wszystko, żeby ukryć fakt, że jestem mutantem. I o ile przez prawie cztery lata za pomocą mutazyny udawało się to całkiem nieźle, to było to cholernie kosztowne i... trzeba było poszukać czegoś w zamian, żeby moce nie wróciły - powiedziała i o ile przez cały ten czas patrzyła na Ronniego lub na to, co aktualnie robił, tak teraz jej wzrok powędrował gdzieś w bok - A jak wiadomo z preparatami mutazynowymii bywa różnie. Jest cała lista rzeczy, która może pójść nie tak przy ich podawaniu i... w sumie i tak miałam szczęście, że trafiło tylko na to - dodała, uśmiechając się pod nosem, o wiele bardziej posępnie niż wcześniej. Wcześniej mimo wszystko miała całkiem dobry humor, który teraz postanowił ją opuścić, zresztą jak za każdym razem gdy o tym myślała. Bo bez wątpienia to ostatnie pół roku terapii było najgorszym okresem w jej życiu, chociaż jedyne, co pamiętała to to, że była okropnie skołowana i słaba, do tego stopnia, że ciężko było wstać jej rano z łóżka. No i ból, z którym codziennie walczyła, uciążliwy, obejmujący chyba każdy mięsień ciała, odejmujący chęci na cokolwiek. To też jak na złość pamiętała bardzo dobrze.

ronnie henderson - 2018-06-21, 19:12

Sam nie lubił osobistych pytań i szanował prywatność innych. Czasami jednak nie lubił podejmować rozmów “o niczym” tylko po to żeby zabić myślenie. Właściwie w takich okolicznościach wolał w ogóle nie rozmawiać. Lubił ciszę. Teraz jednak ta myśl wciąż błąkała się po jego głowie i chciał zadać pytanie, chciał wiedzieć. Nie musiała mu przecież na to odpowiadać. Mogła go zbyć. Nie naciskał. Prawdopodobnie nie poczułby się tym mocno urażony. W końcu podobno szanował prywatność innych i w sumie sam nie do końca wiedział kim dla siebie są, i czy w ogóle powinien zadawać tego rodzaju pytania. Niczego przecież nie ryzykował. To było dość proste pytanie, chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że odpowiedź mogła być znacznie bardziej skomplikowana, chciał ją usłyszeć. Po prostu. Można było to uznać za wścibstwo, a może po prostu chciał ją bardziej poznać.
Wciąż wymiatał szkło spod mebli, słuchając uważnie jej słów. Nie mógł oceniać jej rodziców, chociaż… właściwie już to zrobił, bo coś musiało być z nimi nie tak skoro przez kilka lat woleli faszerować córkę mutazyną, zamiast pozwolić jej opanować moc i zaakceptować to kim się stała. Nie mu było to oceniać, dlatego zatrzymał swoje przemyślenia dla siebie. Zresztą… Czy naprawdę rodzice Fay byli takim odosobnionym przypadkiem? Przynajmniej chcieli ją jakoś chronić przed tą “chorobą”, podczas gdy wielu po prostu porzucało swoje dzieci, wysyłało na terapię normatyzującą, wyrzucało z domu. Nie mógł teraz nie myśleć o własnych rodzicach, którzy przecież wypieli się na niego kilka lat temu. Nawet matka. Co by zrobili, gdyby do mutacji doszło zanim wyruszył w świat? Mógł tylko podejrzewać, a miał o Hendersonach naprawdę złe zdanie. Podobno po latach powinna przyjść akceptacja, ale wciąż nie potrafił im tego wybaczyć czy zapomnieć.
Słysząc słowa, które wypowiedziała po krótkiej pauzie, oparł miotłę o ścianie i usiadł na kanapie obok niej. - Rozumiem. - odparł, opierając się łokciami o kolana. Musnął palcami jej ramię, zdając sobie sprawę, że ona prawdopodobnie nawet tego nie poczuła. Nie chciał pytać o więcej, licząc że jeśli będzie chciała sama powie wszystko co sama uzna za słusznie. Chwycił ją rękę. - Więc jeśli by było coś nie tak, prawdopodobnie nawet nie będziesz zdawała sobie sprawy, że coś się dzieje? - zapytał, zerkając krytycznie na wcześniej zrobiony przez siebie opatrunek. Ciekawiło go trochę jak sobie radzi z podstawowymi czynnościami, ale pytanie o to byłoby już wścibstwem. Najwidoczniej radziła sobie ze wszystkim bardzo dobrze, skoro ciężko to było zauważyć. - Zresztą… Nie musisz mi nic więcej mówić, jeśli nie chcesz. Mogę się domyślić reszty. - uśmiechnął się blado, zerkając na nią i zostawiając już w spokoju jej rękę. Zsunął rękę na jej kolano, opierając się o oparcie kanapy. Gdzieś tam obok na stoliku leżała paczka papierosów i zapalniczka. Smrodził w domku, nawet jeśli Penny czy Fay na to narzekały. Teraz przynajmniej był dobry przepływ powietrza. Wsunął papierosa do ust, szukając po omacku zapalniczki.

Fay Murphy - 2018-06-22, 10:25

Fay czasem nie zdawała sobie sprawy, w jakim świetle te rewelacje mogą postawić jej rodziców, że ktoś może wziąć ich za jakieś potwory, krzywdzące własne dziecko. Z jej perspektywy wyglądało to o wiele inaczej, możliwe, że nawet potrafiła ich zrozumieć. Potrafiła postawić się w sytuacji Clarisse, która po odebraniu jednego dziecka bardzo nie chciała, żeby to samo stało się z drugim. Dodatkowo pozycja zarówno jej jak i jej męża sprawiały, że nie mogli sobie pozwolić na mutanta w rodzinie. A terapia normalizująca... owszem, blokowała zdolności, ale na tamten moment Murphy i tak nie zdążyła ich jeszcze dobrze odkryć. Zastrzyki bywały raz bardziej bolesne, raz mniej, ale ostatecznie szło się do tego przyzwyczaić. Znosiła to dzielnie, bo przecież był jedynie lek, prawda?
- Wiem, co sobie pomyślisz, ale oni... naprawdę chcieli dobrze. Po tym jak zabrali moją siostrę, matka bała się, że ze mną stanie się to samo. Jej też było ciężko - powiedziała, przygryzając lekko dolną wargę. Pamiętała, jak bardzo rodzice byli przybici, gdy koszty terapii przewyższyły ich możliwości, jak jej ojciec starał się jak mógł, żeby znaleźć najlepszy zamiennik, który jej matka mogłaby dodatkowo przebadać i oczyścić. Miało być to jedynie chwilowe rozwiązanie, przeczekanie gorszego okresu. Gdy okazało się, że preparaty mutazynowe nie działają, jak powinny, przerwali jej terapię. Niestety, było już trochę za późno.
- Nie - pokręciła głową na pytanie Ronniego - Postrzału bym nie poczuła, a co dopiero jakiegoś małego kawałeczka szkła - powiedziała, wzruszając lekko ramionami. Oprócz tego, że nie miała czucia, ręka była normalna, w pełni sprawna, jedynie wymagała nieco więcej jej uwagi, czy to w momencie, gdy coś się jej stało stało, czy przy zwykłych rzeczach, które wykonywała.
- Ronnie, to było dawno. Miałam lata, żeby się do tego przyzwyczaić i pogodzić z faktem, że tak to już zostanie. A nie mówię o tym tylko dlatego, że nie widzę potrzeby. Jeśli ktoś sam nie zauważy, że coś jest nie tak, to po co wyprowadzać go z błędu? Tym bardziej, że to kompletnie niczego nie zmienia - powiedziała, odwzajemniając lekki uśmiech i spuszczając wzrok na swoją dłoń. Nie unikała tematu dlatego, że był dla niej przykry czy bolesny. No, może odrobinkę. Bardziej jednak chodziło o fakt, że skoro ludzie czasem nie dostrzegali u niej tego małego defektu, to nie widziała sensu, żeby kogokolwiek uświadamiać. Bo niby po co? Żeby dostać jakieś ulgowe traktowanie, bo jej ręka czasem ją zawodziła? Już wolała siedzieć cicho, dopóki ktoś nie zadał pytania. A wtedy nie kłamała.
A wracając do tego... do rana zostało im kilka godzin. A skoro żadnemu z nich jakoś nie za bardzo chciało się spać, to chyba lepiej zabić ten czas jakąś małą rozmową, niż wgapianiem się w sufit, prawda? A może sama dowiedziałaby się czegoś ciekawego? Też nie wiedziała o Ronnim tak dużo, jak by chciała i chociaż przez te kilka dni udało jej się poznać pewne jego nawyki i zachowania, tak o jego historii nie miała zbyt dużego pojęcia.
- Skoro już robimy sobie noc zwierzeń... - zaczęła, gdy mężczyzna sięgnął po papierosy, ale coś mu nie szło poszukiwanie zapalniczki. Fay dostrzegła ją pierwsza i nachyliła się, żeby po nią sięgnąć i mu ją podać - Chcesz pogadać o tych snach? - spytała ostrożnie, zerkając na niego kątem oka i lokując się wygodniej na kanapie, trochę opierając o jej oparcie, a trochę o ramię Ronniego.

ronnie henderson - 2018-06-23, 17:57

Wielką wadą Ronniego było to, że dość łatwo wyrabiał sobie opinie na temat innych ludzi. Dla niego wiele rzeczy pozostawało albo białe, albo czarne. Niechętnie brał pod uwagę, że czasami niektóre rzeczy pozostawały po prostu w odcieniach szarości i dość ciężko było ocenić je jako dobre czy też złe. Ronnie bardzo lubił oceniać. To była jedna z jego większych przywar, a na dodatek dość trudno było zmienić jego zdanie. Najzabawniejsze było, że on sam znajdował się gdzieś w tej strefie. Gdzieś na pograniczu. Nie był przecież ani dobry, ani zły. Zdolny był do robienia dobrych rzeczy, czasami nawet bezinteresownych, chociażby jak pomoc Penny. Jeśli jednak musiał potrafił być okrutny. W zasadzie był w stanie zrobić co jest niezbędne, aby przeżyć. Utrzymywał, że średnio zależy mu na własnym życiu, a jednak w momencie zagrożenia zapierał się rękami i nogami. Widocznie był tchórzem.
Zacisnął usta w cienką linię. Widocznie po trzydziestu trzech latach w końcu nauczył się trzymać język za zębami. Cisnęło mu się na usta, że czasami nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Bo ostatecznie terapia normatyzująca skończyła się dość niefortunnie dla Murphy. Słyszał o skutkach ubocznych tych wszystkich preparatów i mógł tylko domyślać się jak to wyglądało, skoro ostatecznie straciła czucie w ręce. Powinni ją po prostu chronić, nawet przed skutkami własnego ograniczonego myślenia. Ale tak jak zostało już powiedziane. Ronnie dość łatwo wyrabiał sobie opinię. Nie wiedział połowy rzeczy, dlatego zdecydował się nie mówić o tym co tak naprawdę chodziło po jego głowie. Nie miał prawa oceniać jej rodziców, z pewnością nie na głos. - Rozumiem co chcesz mi powiedzieć. - pokiwał głową. - Chcieli cię chronić. Po prostu dość ciężko mi się z tym zgodzić, bo nigdy nie traktowałem tego jak przekleństwa albo czegoś co trzeba leczyć. - odpowiedział jej spokojnie. Faktem było to, że przez wiele lat pozostawał sam i to czy przeżyje lub też nie nikogo nie obchodziło. Nikt się o niego nie troszczył, nawet w ten niebezpieczny dla niego sposób, tak też nauczył się tego sam i gdyby nie to, że wciąż rozwijał swoje umiejętności byłby teraz martwy. Mutazyna była dla niego przekleństwem. Owszem. Jego życie pewnie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby nie był mutantem… Ale czy na pewno lepiej? Prawdopodobnie skończyłoby się kilka lat temu, bo ślepe podążanie za fałszywymi ideami wojny, którą wtedy prowadzili prędzej czy później zepchnęłoby go do grobu. A gdyby jednak nie… To skończyłby pewnie w jakimś barze, między nogami wątpliwej reputacji striptizerki, zapijając swoje porażki butelką whisky.
- Nie to nic nie zmienia. - zgodził się z nią, bo faktycznie jak do tej pory zauważył kilka rzeczy, ale przecież nie miał żadnej pewności co do tego, co było nie tak z jej ręką. - Myślałem, że mógłby to być drażliwy temat, skoro milczysz. - wytłumaczył jej. Nie. Wcale nie musiała mu się z niczego spowiadać. Ale uznał, że skoro nic o tym nie wspomina, to po prostu tego nie chce.
Przyjął od niej zapalniczkę i odpalił papierosa, mrużąc oczy. Wypuścił z ust wielką chmurę dymu. Czy chciał o tym porozmawiać? Nie. Nie chciał. Wypierał to. Udawał, że problem nie istnieje. Czasami miał ochotę wyrzucić z siebie cały ten ciężar, ale obawiał się, że jeśli tylko zacząłby krzyczeć już nigdy by nie przestał. Samo myślenie o odpowiedzi na te pytanie, sprawiała że czuł dyskomfort. Nie Fay na niego naciskała, a on sam. Pociągnął kolejnego bucha i powoli wypuścił powietrze z płuc. - Co byś chciała wiedzieć? - odpowiedział w końcu, wbijając wzrok w sufit. Po chwili jednak spojrzał na Fay, uśmiechając się smutno. - Wbiłem ci kawał szkła w rękę, dzisiaj możesz pytać o co tylko zechcesz.

Fay Murphy - 2018-06-23, 23:30

Co miała powiedzieć... nie potrafiła myśleć o swoich rodzicach, jak o "tych złych". Może i gdzieś w środku wciąż trzymała do nich lekką urazę, ale mimo to nawet teraz cholernie tęskniła za domem. Ile czasu minęło, odkąd rozmawiała z nimi po raz ostatni? Sześć lat? Coś koło tego. Przez ten czas zaryzykowała tylko raz, żeby pojechać do Seattle i ich zobaczyć. Wtedy dowiedziała się o Sophie.
- Ja też nie - odparła - Ale nie kontrolowałam swojej mocy, a nawet ona na początku potrafiła przysporzyć problemów. Bałam się tego, a ten strach udzielał się zwierzętom. A gdy one się bały, stawały się agresywne - powiedziała, zerkając na niego kątem oka - Tak zresztą trafiłam do Bractwa. Przez głupiego kota, który wszedł do baru, w którym pracowałam. I szefa, którego przypadkowo zaatakowałam, który okazał się nienawidzić mutantów - uśmiechnęła się kątem ust na to wspomnienie, bo z perspektywy czasu wydawało się takie... nawet odrobinę głupie. Ale wtedy bała się tego, kim jest i konsekwencji z tym związanych do tego stopnia, że stresowała się, gdy musiała minąć psa na ulicy. Teraz, gdy panowała nad swoją mocą, wydawało jej się to nie do pomyślenia - Leon mnie wtedy znalazł - dodała niespodziewanie, zanim w ogóle zdążyła zatrzymać tą myśl. Ale tak było, to Hawthrone sprowadził ją do obozu, pomógł uciec przed dogs, które na nią nasłano. Potem jakoś tak się złożyło, że trzymała się blisko niego. Na swój sposób nawet go kochała... jak przyjaciela czy starszego brata. A teraz? Prawdopodobnie nie żył.
Nic nie mogła poradzić na to, że jej myśli powędrowały w tym kierunku, że nagle posmutniała. Minął zaledwie tydzień, a to nie było wystarczająco dużo czasu, żeby przywyknąć do braku kogoś, z kim przez ostatnie lata spędzało się multum czasu. Ta rana wciąż była świeża.
- Może trochę... ale raczej milczę z przyzwyczajenia. Nie poruszam tematu, dopóki ktoś sam nie zauważy i nie spyta. Tak, jak teraz. Wtedy już reszta nie robi mi większej różnicy - wyjaśniła, wzruszając lekko ramionami. Gdy już ktoś wiedział, to ostatecznie mogła powiedzieć więcej, ale do tego momentu raczej nie poruszała tematu udając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
- W takim razie chyba powinieneś robić to częściej, skoro zyskuję dzięki temu taką taryfę ulgową - odparła, odwzajemniając słaby uśmiech. Zaraz jednak spoważniała, opierając podbródek na jego ramieniu, żeby mieć nieco lepszy widok na jego twarz - Te koszmary... dotyczą jednej, konkretnej rzeczy, prawda? - spytała cicho. Właściwie to tego się domyśliła, prawdziwe, przemilczane pytanie brzmiało, jaka jest to rzecz.

ronnie henderson - 2018-06-24, 00:11

Czuł, że nie powinien w tym momencie dzielić się z nią swoimi mądrościami na temat tego co sądził o tym, że powinna mieć szansę nauczyć się jak najwcześniej panować nad mocą. On nie miał innego wyboru. Był otoczony żołnierzami i nagle okazało się, że jest czubkiem, który potrafi wysadzać rzeczy. Musiał to opanować, bo wiedział że jeśli tego nie zrobi bardzo szybko zostanie wykryty. Co prawda miejsce w jakim się znajdował trochę mu to ułatwiało, bo jednak na froncie prawie nigdy nie było spokojnie, a jednak zrobił to. Potrafił utrzymać swoją moc w ryzach, przynajmniej dopóki nad sobą panował. Nie wiedział jak GC się o nim dowiedziało. Prawdopodobnie ktoś wystarczająco spostrzegawczy go zdradził. Przykre, bo traktował swoich kolegów z oddziału prawie jak rodzinę. W każdym razie wierzył w to, że zamiast faszerować ją zanieczyszczoną mutazyną jej rodzice mogliby skupić się nad tym, by ich córka nie bała się samej siebie i tego co potrafi. W końcu patrząc na Fay nigdy nie powiedziałby, że jest złym człowiekiem lub może kogoś skrzywdzić. Miała w sobie coś co budziło zaufanie, nawet on to odczuwał, a był osobą, która zawsze podejrzewała ludzi o najgorsze.
Uśmiechnął się pod nosem. - Więc chcesz mi powiedzieć, że dosłownie rzuciłaś się na niego z pazurami? - uniósł wysoko brwi, zerkajac na nią. To nie był zbyt dobry moment na żarty, ale strasznie go to rozbawiło. Spochmurniał jednak słysząc to co mówi o Leonie. Wiedział przecież, że się przyjaźnili. Może powinien jej powiedzieć, przynajmniej nie nosiłaby po nim żałoby. Z drugiej strony jednak… Był pewien, że skoro Ambrose dotrzymał obietnicy, Leon wybrał izolację. To było skomplikowane i chociaż czuł, że powinien zdradzić jej te fragmenty wspomnień, które pomogła mu odzyskać Cass. Nie chciał tego robić, bo wtedy musiałaby żyć ze świadomością, że jej przyjaciel zdradził Bractwo i to częściowo pod wpływem tego co wtedy działo się z Fay. Nie chciał jej tym obarczać. Może lepiej było żyć z tymi dobrymi wspomnieniami o przyjacielu. Dlatego kolejny raz przemilczał kwestię Leona. Zacisnął tylko rękę na jej kolanie, okazując tym swoje niepełnosprawne wsparcie.
- Rozumiem. - pokiwał głową. - Nie chciałem poruszać tematów, których może nie chciałabyś poruszać. - odpowiedział całkiem szczerze, bo przecież tak poniekąd to między nimi działało. Nie rozmawiali o tym co stało się w budynku dogs, bo dla obojga było to jeszcze dość świeże wspomnienie. Pod tym względem zdawali się bardzo dobrze rozumieć.
- To trochę brutalny sposób, nie uważasz? Można u mnie uzyskać taryfę ulgową za przyjemniejsze rzeczy niż kaleczenie się. - zmarszczył nos, zerkając na nią z rozbawieniem. No cóż. Prawda była taka, że Fay faktycznie miała u niego pewną “taryfę ulgową”. Nie znał jej dobrze, właściwie to bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że wie o niej naprawdę mało, ale polubił wiele rzeczy w niej.
Chrząknął lekko. - Niekoniecznie. - wypuścił głośno powietrze, zerkając na nią. - Chodzi po prostu o uczucie zagrożenia. To są po prostu jak… wciąż powtarzające się sceny. Jakbym wciąż tam był. Wciąż przeżywał to raz za razem i to jest tak realne, że nie zdaje sobie sprawy, że to jest tylko sen, dopóki się nie obudzę. Ale to wciąż tylko sny. Tylko, że właśnie to budzi moc. Adrenalina, złość, zagrożenie. To jest jak zapętlenie się w tych najgorszych momentach twojego życia. - powiedział cicho, patrząc na nią. Właściwie zdał sobie sprawę z tego, że pierwszy raz od wielu lat był w stanie złożyć więcej niż kilka zdań i powiedzieć to na głos. - Ale to tylko złe sny. Każdy je ma. Moje po prostu kończą się wybuchowo. - potrząsnął lekko głową, jakby chciał odrzucić od siebie myśl, że ma autentyczny problem. Bo go miał. Nie chciał tego po prostu zaakceptować. Wiedział, że gdzieś między słowami kryło się pytanie co dokładnie mu się śni, ale wolał odpowiedzieć powierzchownie. Instynktownie chciał odrzucić to od siebie jak najdalej.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group