To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

V. Johnson - #1

Sahir Allison - 2018-03-31, 07:33
Temat postu: #1
Jego krok był pewny pomimo słabości, która zalewała go falami chłodu i dreszczy. Pomimo tego, że obraz nie był do końca stabilny, bo rozjeżdżał się delikatnie na boki, bo błędnik nie miał swojej pewności i on sam ogarnięty był tym, czego zabrakło w jego krokach. Ulice tutaj były tak dziwnie opustoszałe. Tak idealnie ciche, że gdyby nie to, że był do ciszy przyzwyczajony to bolałoby. Kułaby w uszy, świstem drażniła - nie drażniła jednak, a fakt, że był jedyną osobą na tym chodniku, że jego drogę znaczyły kropelki krwi, było umykającym faktem. Nie docierającym do niego konwenansem. Wcale nie czuł, żeby dobrze zrobił. Nie czuł się jak prawdziwy bohater z tych wszystkich książek, jak postać z bajki, która postąpiła wbrew prawu i jest z tego dumna - nie był dumny. Coś ściskało go w piersi, coś ciągle mówiło, że powinien tam wrócić i oddać dwa strzały w dwie głowy, nie pomylić się tym razem nawet o centymetr. Pod czaszką dudniła świadomość, że pewnie Pani Dorosła kłamała - tak jak wszyscy kłamią. Kłamała i mówiła śliczne słówka tylko po to, żeby coś osiągnąć. Nie lubił kłamstw. Nie lubił obłudy świata dorosłego, w którym nie potrafił się odnaleźć - a przecież sam też kłamał, nie mówiąc Viki, że jest z DOGS, których tak... nienawidziła.
Czarnowłosy wsiadł do samochodu i spojrzał na swoją ranną rękę, zginając palce. Bolało nieco poruszanie nią, ale działała. Odpalił silnik i wyjechał na ulice.
Ulice równie puste co chodniki zapyziałego miasta.
Pojechał prosto do siedziby DOGS. Nie było wiwatów, nie było wielkich podziękowań ani medalów od prezydenta. Sahir przeszedł do lecznicy, gdzie załatali jego ramię. Wziął prysznic, przebrał się i wbrew wszelakim zakazom nie usiedział na tyłku, bo gdzieżby! Pojechał prosto do Olympii, zostawiając gorączkującą się organizację za swoimi plecami - i tak nie miał tam aktualnie nic do roboty.
W Olympii miał jeden, umykający cel. Cel, który pojawił się na marszu, a który zagubił oczyma w całym tym tłumie - zwłaszcza potem, jak z kluczykami mutantki, która trafiła do DOGS, zaczęła uciekać wzdłuż ulicy akurat przed dotarciem wsparcia. Które w sumie chuja dało mimo tylu licznych chłopa, ale przecież nie można czepiać się szczegółów, że niektórzy są Edwardami Cullenami i za szybko biegają, żeby kule ich trafiły. Zaparkował pod blokiem panienki Johnson i wszedł do środa - ktoś zostawił drzwi do klatki schodowej otworzone. Pewnie ten miły pan,który właśnie wypakowywał coś ze swojego samochodu. Rodzinne zakupy? Wszedł na odpowiednie piętro,zatrzymał się przed odpowiednim numerem - i zadzwonił domofonem do drzwi. Łapa napieprzała go niemiłosiernie, trza było brać środki przeciwbólowe jak dawali, ale nie! Przecież on musi jechać, teraz i już. Nie kłócono się z nim nawet - pewnie dlatego, że z nim nie dało się kłócić, bo rzadko kiedy cokolwiek odpowiadał. Po prostu robił, albo stał/siedział i robił absolutne nic.
Puk, puk, puk.
Oh moment, tutaj chyba jest jakiś dzwonek. Jest?
Dryn, dryn.

Victoria Johnson - 2018-03-31, 10:23

[24 lutego 2018 r.
po południu]

Szaleńczy bieg Victorii zakończył się dopiero dwie przecznice dalej, gdzie przystanęła, by nabrać oddechu w płuca. Kondycję miała niezłą, ale prawda jest taka, że uciekała spod sceny na złamanie karku i teraz czuła, że w płucach ma ogień zamiast powietrza. Chwilę trwało, nim udało jej się uspokoić serce. Tak się składało, że nie była tutaj sama; mnóstwo ludzi, którzy uciekali z pochodu zatrzymywali się tak jak ona i rozmowy były tylko o jednym: o ofiarach, o strzałach, o agentach, którzy dostali się tam jako wsparcie. Wielu mówiło o tym, że wszystkich mutantów trzeba wyłapać i zamknąć. Tori starała się nie słuchać. Nie chciała tego słuchać. Ruszyła w końcu szybkim krokiem, w dłoni ściskając kluczyki do mieszkania Shivali - i wiedziała też, że jej przyjaciółka, którą wyczuwała na więzi ma kłopoty. Ale żyła - żyłą i to się liczyło. I faktycznie, nie mogli Hindusce nic zrobić, przynajmniej na papierze tak wyglądała sprawa. Vika nie zamierzała kręcić się po mieście jak dureń i faktycznie poszła do domu Shivali, ale tylko na drobną chwilę. Przyszło jej do głowy, że jeśli ją złapią - w zasadzie już ją złapali, czuła przecież, że Shivali się poddała i DOGS ją stamtąd zabrali - to mogą wpaść do tego mieszkania. I lepiej, żeby Victorii tutaj nie było. Co więc miała zrobić?
Jedyne, co przyszło jej do głowy. Złapała więc pierwszy lepszy autobus i wróciła do Olympii, wciąż mając ze sobą klucze do mieszkania Shivali. Coś czuła, ze prędko jej nie wypuszczą, ale przecież Shiva wiedziała gdzie są jej klucze, a i Viki będzie wiedziała, jeśli ją wypuszczą... Nie jeśli - kiedy; wtedy na pewno coś wymyślą i będzie mogła oddać te klucze.
Teraz jednak kobieta zabarykadowała się we własnym mieszaniu. Ciągle miała głupie przeświadczenie, że ktoś ją śledzi, że ktoś się połapał, że ktoś chce ją zgarnąć i wykorzystać. Nie mogła na to pozwolić, po prostu nie mogła... Zastanawiała się nawet, czy nie zasłonić rolet... Była w trakcie zaciemniania salonu, kiedy aż podskoczyła jak oparzona, gdy dosłyszała pukanie do drzwi. Zamarła - nasłuchiwała jak kot, brakowało tylko obrócenia postawionych na sztorc uszu o 30 stopni. Po chwili nastąpił dźwięk dzwonka i wtedy Tori w końcu się ruszyła: po cichu, skradając się jak złodziej we własnym mieszkaniu. Ściągnęła z haczyka w przedpokoju parasol, który złapała pewnie jedną ręką i tak przygotowana podpełzła do drzwi, by wyjrzeć przez judasz.
Sahir.
Co.
Teraz? Dzisiaj? O tej godzinie? Nie pisał do niej przecież, że przyjedzie. Nie dzwonił.
Zaraz... on był na pochodzie. Viki miała mętlik w głowie i zaraz połączyła fakty: Sahir - pochód - czarna maź - strzały - DOGS - jej blokada mocy - pościg - eksperymenty. I pobladła. I co teraz, miała udawać, że wcale jej tu nie ma? Miała się chować przed nim, chociaż wcale nie wiedziała, czy dobrze jej się to wszystko wydawało - chociaż żyła w przeświadczeniu, że jednak rzadko kiedy się myliła. W końcu wypuściła powietrze ustami i przekręciła zamek, by otworzyć te drzwi, jednak wystawiła tylko głowę; większość ciała schowała za drzwiami, jednak nadal trzymając ten parasol w rękach, w jazie czego jakby miała się obronić. Głupie, nie? Ale ten pochód całkowicie ją rozwalił, rozjechał, rozkręcił i teraz nie wiedziała czy czarne rzeczywiście jest czarne, czy jednak białe. Panikowała.
- Sahir?

Sahir Allison - 2018-03-31, 16:03

Nie panikował. Zresztą czy panikował kiedykolwiek? Kto go znał w DOGS mógł kojarzyć go z jednego - kompletnego braku emocji. Nie oznaczało to, że tych emocji nie odczuwał - bo odczuwał - czasami nawet za mocno. Inną sprawą było to, że się w tych emocjach gubił i nie potrafił ich okazywać. Kompletnie! Takich już, którzy by o tym wiedzieli, było jak kot napłakał. Chyba Viki mogła być takim kotem - albo kocimi łzami, które powinno się zbierać do szklanych fiolek i zachowywać na czarną godzinę, gdyby kiedykolwiek zabrakło wody na pustyni świata, a słońce zbyt długo świeciło, zbyt mocno. W takie dni noc nigdy nie chciała nadejść. Taki dzień jak dzisiaj, kiedy każdy cień był zbyt ciemny i ponury, wydłużał się i wyciągał po człowieka swoje pazury. Mała tragedia w dużym mieszkaniu, pustym, ale nie cichym - wypełniło go grzmienie myśli i dźwięk stukania do drzwi. I nawet jeśli dziś tak łatwo było się zgubić, starając się uciec przed własnymi koszmarami, to Sahir nie panikował i się nie bał, bo przecież każde zagrożenie miało twarz człowieka. Jeśli miało twarz człowieka to posiadało serce, umysł. Ciało. Jeśli posiadało ciało - mogłeś go zastrzelić, na przykład tym pistoletem, który tkwił za jego pasem, bo Sahir automatycznie wysunął go tam po wyjściu z prysznica i ubraniu się w świeże ciuchy. Nie koniecznie to, co miało dawać mu spokój, służyć do obrony, miało też uspokoić dziewczynę, o którą się martwił i chciał upewnić, że wszystko u niej w porządku.
- Hej. - No siemka, może herbatka? Bo przecież nie wódeczka. Nic się nie zmieniło - przynajmniej dla niego. Dzień jak co dzień w pracy, słaby, bo Sahir ciągle czuł wyrzuty sumienia za to, że puścił tamte dwie dziewczyny, to chyba były wyrzuty sumienia. Nie dlatego, że zranił tamto dziecko, nie dlatego, że zabił mutanta, nie dlatego, że wisiał nad tymi mutantami jak hiena. Albo raczej jak czarny wilk wpatrujący się w niewinne sarenki - z tym, że żaden z nich nie był niewinny. Gotowi byli sięgać po wszystkie środki, żeby się uwolnić - tylko nie byli gotowi zabić. O tym jednak Sahir nie pomyślał i nie był tego świadom - tego, że woleli się bronić niż atakować. Uciekać zamiast gryźć. Nie w naturze drapieżnika było branie takich opcji pod uwagę.
- Wychodzisz? - Zapytał, spoglądając na jej parasol, jak zwykle kompletnie nie zwracając uwagi na to, jakim promieniowała strachem. - Nie pada, po co ci parasol? - To było takie w jego stylu - zupełnie jakby ten parasol był najbardziej istotną rzeczą na świecie. Dla niego teraz był, no bo - po co jej parasol, skoro nie pada?

Victoria Johnson - 2018-03-31, 16:29

Czasami niewiedza naprawdę była błogosławieństwem. Ktoś inny już dawno połapałby się, że parasolka była po to, by go zdzielić w ten głupi łeb, niech tylko okaże jakiekolwiek fałszywe ruchy - ale nie Sahir. Nie, on nie pomyślał o najbardziej oczywistej odpowiedzi. On pomyślał, że ona w słoneczny dzień potrzebuje parasolki, by wyjść.
- Co? - jego tok rozumowania był tak abstrakcyjny, że ją kompletnie zbił z tropu, nic więc dziwnego, że dłoń z parasolką jej trochę opadła. Brązowowłosa zamrugała bezrozumnie po czym wgapiła się w Sahira przenikliwie, próbując coś z tego zrozumieć. Panika nie pomagała. Ale jego zachowanie było na tyle rozbrajające, że przynajmniej się nie powiększała. - Nie, dopiero przyszłam niedawno.
I co, mieli tak stać? Bez sensu. Albo on zawróci, albo ona go wpuści. Już i tak było wystarczająco dziwnie. Wystarczy, że jej mózg pogalopował w domysłach niebezpiecznie daleko, wystarczyło, że wyobraziła sobie, że Sahir szedł tutaj jej śladem tylko po to, żeby ją dorwać. Ale przecież tak nie było, nie musiał iść jej śladem, wiedział dokładnie gdzie mieszka. Pytanie tylko dlaczego założył, że tutaj będzie? W Seattle wydawało jej się, że zwrócił na nią uwagę, tak jak ona zwróciła na niego, ale... Teraz nie była tego taka pewna. Wydawało jej się to, tak, to na pewno to. W takim razie nie wiedział, że była w Seattle; w takim razie wiedział, że jest w Olympii.
Dziewczyna odetchnęła, po czym odsunęła się i szerzej otworzyła drzwi. Mógł wejść, proszę bardzo. Tylko skąd w takim razie wiedział, że nie była w pracy? Miała teraz w głowie taki mętlik, że trochę mechanicznie zamknęła za nim drzwi i stała jak kretynka tuż obok, nadal dzierżąc parasol jak tarczę. Albo jak miecz... Zależy.

Sahir Allison - 2018-03-31, 20:24

Ach. Dopiero przyszła? Wróciła dopiero z Seattle? Z miasta do miasta był kawałek drogi, jeździł tędy nie raz. I nie wiedzial, czy będzie na pochodzie, czy nie była w pracy, czy nie poszła na kawę z koleżanką ponabijać się z tych głupich DOGS i jeszcze głupszych mutantów, którzy pchają się pod nóż... A nie, przepraszam. Przecież oni, zupełnie tak jak Viki, chcieli tylko zobaczyć jak ich przyjaciele głoszą dobre słowo. Słowo o wolności. Nie wiedział, bo się nad tym nie zastanawiał. Gdyby jej nie było pewnie by usiadł pod drzwiami - i czekał. W końcu wpadły na pomysł, żeby do niej zadzwonić, ale jakoś niesszczególnie by się spieszył. Skoro jej nie było, znaczy że miała co robić. Co ma się wydarzyć i tak się stanie, nie ma sensu tego przyśpieszać.
- I kupiłaś po drodze parasol? - No skoro stała w domu z parasolem... Może nie zdążyła go odłożyć? Ale nie miała na sobie kurtki, to zajęła kurtkę, ale parasol znowu wzięła? Może faktycznie to dlatego, że nowy. Tylko wcale nie wyglądał. Wyglądał na używany. - Zużyty trochę. Może zabiorę go do reklamacji? - Schylił się, żeby złapać kraniec parasolki i unieść ja do góry, żeby przyjrzeć się jego ostremu krańcowi. - Popatrz. Starte. - Pokazał jej, żeby jej uświadomić, że kupiła jakiś słaby parasol. A może ona po prostu nie lubiła słońca, ale jak dotąd na to nie wyglądało. Dotąd nie widział jej z parasolem w ręku w słoneczny dzień.
Odsunęła się więc wszedł do środka, nie bojąc się za bardzo parasolki, którą ciągle trzymała. Zsunął z ramion skórzaną kurtkę, zostając w samej bluzkę, gość w dom, pan w dom! Nawet nie pytał, czy może zostać na dłużej. Powinien? Kolejna rzecz nad którą się nie zastanowił. Skoro zapraszała to przecież nie po to, żeby zaraz wyrzucić, tak? No niekoniecznie. Nie powiesił jednak kurtki na wieszaku i nie ściągnął butów. Obrócił się do niej w korytarzu, skierował na nią spojrzenie, nie pytając już o ten parasol, chociaż wciąż była to dziwna, podejrzana sprawa.
- Martwiłem się, bo widziałem cię na pochodzie. I pomyślałem, że już mnie nie lubisz. I nie będziesz mnie chciała znać. Ale nic ci nie jest, więc jest w porządku. Cieszę się. - Znów nie wyglądało na to, żeby był szczęśliwy, tym bardziej zmartwiony. Zmęczony, bardziej blady, ale tak jak zawsze zblazowany i obojętny. I w sumie się nie martwił - niby, bo myślał tylko o niej, więc... To chyba jednak martwienie się? Viki nie cierpiała dogs, więc czemu miałaby lubić jego? Teraz, skoro już wiedziała? Nie było sensu dalej tego ciągnąć w niewiedzy. Pewnie mógł jej powiedzieć wcześniej. Pewnie tak. Nie chciał wtedy i nie żałował tego, że nie powiedział. Ciągle w uszach miał jej słowa dotyczące DOGS. Co niby miałoby się zmienić? Zwłaszcza po tym, co się stało na pochodzie

Victoria Johnson - 2018-03-31, 21:29

Tak, oczywiście, Allison był do tego właśnie zdolny: do siedzenia na klatce schodowej pod drzwiami i straszenia reszty mieszkańców. To była oczywista odpowiedź, ale w tej konkretnej minucie Viki po prostu myślała swoim torem, a nie jego torem. A przecież była już przyzwyczajona, w końcu znali się... nie od wczoraj. I nigdy jej to nie przeszkadzało - było inaczej, zmuszał ją do myślenia, nigdy nie zanudzał. Ech, cholera by to wszystko, Victoria, weź się w garść!
- No starte, bo go nie kupiłam. Myślałam, że to kto inny, a nie ty - ano, wzięła go w końcu w łapy zanim zobaczyła, że to Sahir. Ale i tak, choć znała go przeszło rok, chociaż mu ufała - no na bogów, przecież zawsze mogła na nim polegać, nawet wtedy, gdy dopiero co go poznała i się spiła jak szpadel - to i tak nie była pewna, czy zaraz jej z tego mieszkania nie wytarga jak szmacianą lalkę... Stąd parasol ciągle był w jej rękach. I wiedziała jak bardzo to jest bez sensu i idiotyczne, więc zła na siebie odwróciła się na chwilę od mężczyzny by odwiesić go na wieszak.
Znowu zamarła, gdy zaczął mówić - czyli jednak, czyli jej się nie wydawało, czyli ją zauważył, tak samo jak ona jego. No dobrze, czyli to jedno mogła sobie odhaczyć. Więc wiedział, że była w Seattle. Naprawdę się martwił? To dlatego tak szybko się tutaj zjawił? Ona naprawdę niedawno wróciła, góra dziesięć minut wcześniej, nawet się przebrać nie zdążyła, niezłe wyczucie. Chyba, że naprawdę coś od niej chciał i teraz grał, by uśpić jej czujność. Sahir? Grał? Viki, przestań! Doskonale wiedziała, że to nie gra, no chyba, że robił ją w bambuko przez rok... Nie, naprawdę musiała przestać, albo zaraz zwariuje!
Kobieta odwróciła się w końcu do niego, gdy skończył mówić i przez chwilę milczała. Nie bardzo wiedziała co ma powiedzieć, nie bardzo wiedziała co ma zrobić, a już tym bardziej nie wiedziała jak ma się zachowywać względem niego.
- Tak, ja też cię widziałam - o tak i to więcej niż raz, bo nie tylko jak zawracała a on szedł w stronę prowizorycznej sceny... Przecież później, gdy starała się zapanować nad Shivali też go widziała. Tyle, że wtedy miała co innego na głowie niż zastanawianie się nad tym, dlaczego walczy przeciwko mutantom. A przynajmniej tak to wyglądało - nie była pewna, niczego nie mogła być pewna... Chociaż te jego słowa... Że myślał, że już go nie lubi i że nie chce go znać... To mówiło sporo. Lubiła? Chciała znać? Tak, lubiła, nadal - chciałaby powiedzieć, że to jedno zdarzenie przekreśli cały rok znajomości, ale tak nie było. Rok to jednak rok i przyzwyczaiła się do niego, taka prawda. Był jedną z tych nielicznych osób, z którymi utrzymywała stały kontakt i, cholera, naprawdę go lubiła. Czy chciała go więc znać? Kurwa, i tu się sprawa komplikowała, bo jedna jej strona chciała, bardzo, a druga... druga mówiła jej, że jest z DOGS i że trzeba to zakończyć, póki będzie bolało mniej. - Uciekłam więc jest ok - nie ma to jak ominąć połowę jego wypowiedzi i odnieść się tylko do końcówki. Uciekamy, panno Johnson? - Wejdziesz?

Sahir Allison - 2018-03-31, 22:16

Kurcze, ale to było skomplikowane! To z tym parasolem. Więc ani nie wychodziła na spacer, chociaż nie padało, ani go nie kupiła i nie trzeba go oddawać do reklamacji, ani... ani w sumie co? Po prostu sięgnęła po niego, bo myślała, że to ktoś inny. I kiedy pozyskał tą jakże cenną informację, sytuacja trochę się sklaryzowała. Nie była była nadal kompletnie jasna i przejrzysta, no bo kto niby wita innych gości z parasolem? Chyba że chciała powitać kogoś, kogo nie lubi. To było kolejne rozwiązanie. A on musiał ciągnąć ten temat, bo przecież był istotny. Bo ten parasol w jej dłoniach był teraz berłem prowadzącym przez salę tronową, jak świeca w dłoniach herolda, który zgubił swoją trąbkę i zaginął w długich korytarzach z tym, którego imię miał sławić - więc chociaż próbował się stąd wydostać. Właśnie tak wyglądała Viki - jakby chciała się stąd wydostać, chociaż była w swoim własnym domu, ale on rozumiał to uczucie.
Nigdy niczego bardziej nie chciał jak wydostać się z Szarego Bloku. Nidy też nie chciał go zamienić na wprawiającą w dysonans włóczęgę po melinach.
- Kogo witasz z parasolem? Czy to ktoś, kogo nie lubisz? - Powinien uważać? Nie na to, że go teraz nie lubi - tylko na tego kogoś, kogo nie lubiła. Aż obejrzał się na drzwi, niemal czujnie, spodziewając się tam zobaczyć Buke, który zaraz wyciągnie po nich swoje łapska - i nawet mądry Włóczykij nic by tu nie pomógł. Kobieta odwiesiła jednak swoją broń masowego rażenia, swój Excalibur, na wieszak i... nic się nie stalo. Nie straciła swojego animuszu, tylko czy nie była czasem naburmuszona? Może jednak czekała na kogoś, kogo lubi, a parasol był takim specjalnym powitaniem, do tego nie była szczęśliwa, że pojawił się akurat on. Ale to nic, bo nie czuł, żeby Viki go nie lubiła - tylko miał wrażenie, że mimo wszystko coś tutaj jest nie tak. Coś nie gra tak, jak grało zawsze i jak grać powinno. Czy to przez to, że był z DOGS? Nie było w tym nic dziwnego.
- Widziałem, jak jedna dziewczyna rzuca ci kluczyki. To twoja przyjaciółka? - Zagaił o tą ucieczkę. Czyli sumie miał szczęście, że tutaj na nią trafił. - Wejdę. - Potwierdził, nie wahając się ani chwili. Zsunął z nóg buty, żeby jej nie pobrudzić. - Czy mogłabyś mi zrobić herbatę? Proszę. - Bycie grzecznym przede wszystkim, przede wszystkim. Ciągle było mu zimno, ale siedzenie w kurtce wydawało mu się dziwne, nieodpowiednie i niegrzeczne, chociaż w sumie nie wiedział nawet, dlaczego.
Mieszkanie Viki było naprawdę ładne. Nie był tu pierwszy raz, ale za każdym razem, kiedy się tutaj pojawiał, to zwalniał, by rozglądnął się wokół z namaszczeniem do jasności, którą mógł splamić, do nastroju spokoju i ciszy, którą mógł zniszczyć. Nie chciał tego niszczyć. Nie chciał niszczyć niczego, co należało do niej i czym się otaczała - dlatego wolał poruszać się ostrożnie. Był jak brzydka, czarna plama, która musiała uważać, żeby swoich kleksów nie rozprzestrzenić na resztę płótna malarza, który wziął się za tworzenie dzieła. Tytuł głosił "Victoria Johnson". Skierował się za nią do kuchni i przewiesił swoją kurtkę przez oparcie hookera.

Victoria Johnson - 2018-03-31, 22:41

Victoria wiedziała mimo wszystko, że Sahir nie jest taki głupi, na jakiego wygląda. Zresztą nigdy go nie traktowała jak debila i nigdy też się nie bawiła w tłumaczenie mu wszystko do zera jak kretynowi. Zresztą... czasami potrafił ją nieźle zaskoczyć. Może i nie mówił najszybciej, ale naprawdę jej to nie przeszkadzało, że nie chlapie na lewo i prawo bez sensu tylko faktycznie myśli nad tym, co mówi. A że zwykle było to totalnie abstrakcyjne... tym lepiej.
- Nikogo konkretnego. Po protu myślałam, że... - że co? Sahir totalnie zachowywał się tak, jakby jednak nie zdawał sobie sprawy, że jest mutantką. To tylko jej się wydawało, że cały świat już wie, ale prawda jest taka, że... Kto miałby się dowiedzieć? Czy ktoś bacznie ją obserwował? Czy ktoś zauważył symptomy i połączył kropki w zakreślance? Miała tendencje do paranoi, taka prawda. Już od wtedy, kiedy przypadkiem zdemaskowała tego mutanta, którego zaraz zgarnęli - to wtedy, kiedy zorientowała się, że i ona ma przebudzony gen X. Zresztą od wtedy właśnie uciekała, nie? Czy to znaczyło, że pora pakować manatki i wyjechać na Alaskę? Nie chciała. Bardzo, bardzo nie chciała. Tutaj było jej dobrze. Tutaj miała blisko i do niego, i do Shivali. - Po prostu sobie ubzdurałam, że ktoś mnie śledził od tamtego pochodu - w końcu to z siebie wydusiła i odetchnęła.
Nie miała się czym stresować, nie miała się o co martwić. Gdyby Sahir chciał jej coś zrobić, to zrobiłby już dawno, a nie bawiłby się w gadkę o parasolu - tak sobie tłumaczyła. Logika, chłodna logika, ale weź to wytłumacz swojej głupiej głowie. Vika przynajmniej się starała.
- Shivali. Tak, to moja przyjaciółka, mówiłam ci o niej - mówiła, nie raz, ale nigdy mu nie pokazywała przecież jak ona wygląda. Shivali zresztą też doskonale zdawała sobie sprawę z istnienia Sahira - trudno by było, żeby nie zdawała, skoro dzieliły ze sobą myśli. Wszystkie myśli. - Została tam... Chyba ją zgarnęli... - nie chyba, tylko na pewno. Wiedziała to. Ale Sahir nie wiedział, że ona wie. - Ona... Była jedną z organizatorek tego... - chyba nie trzeba było kończyć. "Pochodem" było to tylko na papierze, a w praktyce żadnego pochodu nie było. Była krwawa jatka.
Tori kiwnęła mu głową w potwierdzeniu. Skoro już się tutaj pofatygował i to tak nagle... Chyba faktycznie się martwił. Nie sądziła, że zwrócił na nią aż taką uwagę, ale to ona po prostu straciła głowę. A przecież stała całkiem blisko w pewnym momencie, więc było całkiem zrozumiałe, że jednak ją widział. I widział, jak ucieka. Nie było sensu stać w tym przedpokoju, więc zaraz poprowadziła go do kuchni, chociaż "poprowadziła" to złe słowo. Sahir był tutaj tyle razy, że nie potrzebował jej przewodnictwa, by gdziekolwiek tutaj trafić, ale jednak szedł za nią. Szum wody w czajniku był całkiem... Całkiem uspokajający. Zagłuszał myśli. Boże, i co ona miała teraz zrobić? Jak miała się zachowywać?
- Nic ci nie jest? - zapytała w końcu, totalnie nie wiedząc co ma mówić. W powietrzu nie wisiał żaden inny temat niestety. A prędzej czy później wyjdą pewne słowa, które teraz zostawały w sferze domysłów i niedopowiedzeń...

Sahir Allison - 2018-03-31, 23:09

Chociaż wyglądał. Chociaż... wyglądał... :(
Fakt, wyglądał na debila, uchodził za debila i nie starał się nawet zmienić tego, jak go postrzegają - próbował kiedyś. Już wystarczyło tych prób, które spełzały na niczym i nie rodziły niczego pozytywnego - same przejeżdżanie się na porażkach, na ludziach i na własnej, heh, głupocie. Dlatego tym cenniejsi byli ci, którzy go za takiego debila nie mieli. Allison myślał pokrętnymi drogami, chociaż według niego było to myślenie bardzo proste - chyba właśnie ZBYT proste. Zbyt dosłowne. Myślenie kogoś kto słysząc nad rzeką szumiące trzciny, przykłada do nich ucho, żeby przekonać się, o czym dokładnie szumiały, a nad tą rzeką spotykał Szczura Wodnego i Wydrę, mówił im "cześć!" i tak zostawali przyjaciółmi. Do Victorii też powiedział "cześć" i zostali przyjaciółmi. Nawiązywanie znajomości było prostsze, jeśli tylko dwie strony miały ku temu chęci i nie było w żadnym z nich negatywnej energii, na której żywiłyby się pasożyty żerujące na cudzej krzywdzie - paskudne, nader liczne larwy, bardziej przeklęte niż sam wąż, bo one nie miały nawet jadowych kłów, którymi mogłyby się bronić przed zagrożeniem. Szeptały złe słowa do ucha i na tym kończył i zaczynał się ich marny żywot.
- Z Seattle do Olympii długa droga. - Jak na to, żeby śledzić kogoś, kto uciekał co sił w nogach do samochodu, a w samochodzie grzał opony i cedził benzynę przez silnik, byle szybciej znaleźć się w jak najbardziej bezpiecznym miejscu. Nie wiedział, rzecz jasna, że Viki udała się najpierw do domu Shivali, która została wciągnięta do siedziby DOGS. - Mam się upewnić, że nikogo nie ma? Żebyś nie sięgała po parasol. - Innymi słowy: żebyś była spokojniejsza. I nie wpadł na to, że to on mógł być ośrodkiem tego niepokoju, przynajmniej JESZCZE nie. W końcu przemieli pewne fakty i zdoła wysnuć jakieś podejrzenia - w końcu - GŁUPI nie był. Taka krążyła przynajmniej legenda o jego poziomie IQ w głowie Viki.
- Tam było dużo ludzi. Czemu ktoś miałby gonić właśnie ciebie. - To nie było pytanie, to było stwierdzenie, bo, no właśnie, Tori - logika. Myśl trzeźwo, nie poddawaj się emocjom, inaczej oszalejesz, paranoiczko. Sahir nie miał zamiaru nic jej robić i nigdy nie planował tego. Dla niego to, że była na pochodzie, niczego nie zmieniało - dla niej jednak zmieniało. Sprawiło już, że witała gości z parasolem w przedpokoju - to naprawdę nie był dobry sygnał. Może była chora? Tak, na pewno była chora, ale to nie była choroba, na którą pomogłaby aspiryna czy witamina C. - Możesz mi powiedzieć, jeśli się boisz. Jestem całkiem silny, obronię cię. - Zapewnił ją. Tylko jak ją obronić przed samym sobą? Na to pytanie odpowiedź zamarła. Popłynęła chyba z nurtem tej rzeki, o której tyle szumiała trzcina.
- Tak. Mówiłaś. - Słyszał o niej nie raz, zdaje się, że to była najlepsza przyjaciółka Tori. Reszty swojego zdania nie skończyła. Zawiesiła je tak, jakby jeszcze miała coś dodać, ale zakończenie nawet dla niego było zrozumiałe - nie chciała nazywać rzeczy po imieniu. Stanęło jej w gardle i nie mogła go wypluć - i z pewnością nie było to spowodowane pozytywnymi uczuciami. Jak wiele tych negatywnych zebrało się w jej wielkim sercu? Cicho żyła i cicho snuła swoje myśli wraz z emocjami - nie oznaczało to, że te emocje są równie ciche. Już zdążył się o tym przekonać.
- Czy... - "ta sytuacja jest niekomfortowa?" - nie dokończył tego pytania. Dlatego, że w tym samym momencie odezwała się ona ze swoim krótszym, więc natychmiast przerwał swoje. - Postrzelili mnie. O tutaj. - Pokazał na rękaw i spróbował powinąć go od dołu. No nie, średnio. Od góry? Też jakoś ciężko było. Ściągnął bluzę przez głowę, odetchnął lekko i znów spojrzał na opatrunek przykrojony na ramię - widoczny już przez krotki rękawek. Nieśmiertelniki zadzwoniły na jego klatce piersiowej, uderzając o nią. Lekko podrapał okolice skóry przy ranie, spoglądając ciągle na bielmo opatrunku z chęcią, żeby go zdjąć i przekonać się, czy zaszyta rana krwawi. Bolała cholernie. - I zimno mi. A ty dobrze się czujesz? - Spojrzał znów na nią. - Czy moja obecność ci przeszkadza? Powinienem sobie pójść? - Zapytał chwilę po ciszy. Viki była... dziwna, ale był na to akurat przygotowany. Był przygotowany nawet na to, że go wyrzuci przez okno, soł...

Victoria Johnson - 2018-03-31, 23:45

Owszem, z Seattle do Olympii była długa droga, ale kilometry nie liczyły się, kiedy trzeba pozyskać dla siebie i swoich korzyści kogoś, kto potrafi zablokować moce innych mutantów i tym samym sprawić, że są całkowicie bezużyteczni. Victoria o tym wiedziała, zdawała sobie z tego sprawę od samiutkiego początku, kiedy tylko zorientowała się w tym, co może zrobić. Fakt, że zatrzymali jej siostrę i, że robili z nią rzeczy, które zmieniły ją nie do poznania, które ją zniszczyły, tym bardziej działały na wyobraźnię kobiety. Nic dziwnego, że wpadła w taką paranoję. Nie trzeba mieć dużej wyobraźni, żeby zorientować się, co mogliby jej zrobić, gdyby już ją dorwali. Gdyby wiedzieli. To było jasne, a przynajmniej było jasne dla niej. I dla Shivali... Bo Shivali wiedziała, dlatego kazała jej się stamtąd zmywać. Sahir najwyraźniej nie wiedział. A przynajmniej... jeszcze nie wiedział.
Tori pokręciła nieznacznie głową.
- Nie, nie trzeba. Wybacz, potrafię strasznie panikować - o, mało powiedziane. Ostatecznie z dnia na dzień wyjechała z rodzinnego Los Angeles na złamanie karku, byle gdzie, z biletem w jedną stronę. I od tego czasu nie wróciła. Nie była nawet odwiedzić grobu siostry. Jeżeli chodziło o jej moce i sprawę z DOGS, to... To była rzeczywiście okropną panikarą. A co najlepsze, w bazach danych DOGSów widniała jako osoba "czysta", ostatecznie, gdy była tam z siostrą, to i jej zrobiono testy. I nic nie wyszło... Cóż za pomyłka.
Johnson zręcznie uniknęła odpowiedzenia na stwierdzenia mężczyzny, bo po prostu się odwróciła, żeby mu tę herbatę zaparzyć. I udawała, że nie słyszała... Chociaż nie, słyszała na pewno, tylko udawała, że nie ma o czym mówić, bo przecież jest tylko "panikarą". Czy się bała? Oczywiście. Czy Sahir mógłby ją obronić? Wątpliwe, bo pewnie gdyby dostał rozkaz, żeby ją zgarnąć, to by ją zgarnął. A ona niewiele by na to poradziła. Mogłaby mu tylko nakopać, ale znając ją i to, jak zdążyła się już do niego przywiązać, to nie zrobiłaby nawet tyle. W końcu podsunęła mu herbatę na stół i dopiero wtedy na niego spojrzała, na opatrunek, który pokazał. I trochę zmiękła. Miękka buła.
- Boli? Mogę ci dać jakiś koc, skoro ci zimno - nie znała się na medycynie, chociaż przeszła kurs pierwszej pomocy, miała nawet certyfikat. Ale wydawało jej się, że skoro mu zimno, to na pewno nie było jakoś bardzo dobrze. I pewnie był zmęczony. A ten debil tutaj przyjechał, chociaż równie dobrze mógłby jej wcale nie zastać... I jak miałaby nie zmięknąć?
- Nikt mi nic nie zrobił - fakt, nikt jej nie postrzelił, nikt do niej nawet nie celował. Prawdę mówiąc, to chyba tylko Shivali i Sahir zwrócili uwagę, że w ogóle tam była - takie odnosiła teraz wrażenie - ale to chyba tym lepiej. Jednak nie mogła się pozbyć wrażenia, że coś przeoczyła. - Nie, zostań - wcale nie chciała, żeby sobie poszedł. Ale... Ale rzeczywiście było dziwnie. I było jej ciężko. POWINNA go wyrzucić przez okno i już nigdy mu nie otwierać, miała swoje zasady, nienawidziła tej przeklętej organizacji, która skrzywdziła jej siostrę, a tu... A szlag by to wszystko trafił!

Sahir Allison - 2018-04-01, 11:49

Biedna, mała panikara. Sahir jednak jej nie żałował, żal był dla słabych, a Viki nie była słaba. Była przecież dzielnym rycerzem, który czekał przy drzwiach z parasolem w drzwiach, gotowa walczyć ze złymi duchami, które wiedziały, że ma gen X, chociaż w DOGS byli przeświadczeni, że kobieta była czysta. Ten diabeł żywił się strachem. Ten diabeł był gorszy niż gorączka, która spalała cały umysł. Goniła do biegu, poganiała z trzaskiem bicza całe tłumy, skakał z jednego do drugiego, a im więcej obskoczył tym był silniejszy. Żywił się tym, czym ludzie go karmili - nic nie myślący. W głowie paliła się tylko wola ucieczki - a jednak Viki nie pobiegła dalej, w tamtym tłumie zawróciła. Dlaczego? Miała tą samą wolę, którą widział w działaniach tych mutantów? Chciała pomóc, bronić przyjaciół? Wtedy jej nie szukał. Nie mógł jej pomóc, nie mógł się nią zająć. Powinien. Mogło jej się naprawdę coś stać, to że była cała było cudem - przecież ten tłum mógł porwać tą kruszynę i znieść ją z powierzchni ziemi, zdeptać żywcem. Nie miał ją za słabą - jednak się o nią martwił, czy to nie była czasem hipokryzja? Heh, pewnie tak, jednocześnie było to całkowicie naturalne.
- Nie bój się. - Wyciągnął do niej dłoń, żeby ująć tą jej, kiedy podeszła, szklanka stuknęła o blat. Oparł palce na jej dłoni tak delikatnie, jakby miała się rozlecieć, jeśli naciśnie mocniej, jeżeli za mocno ją ściśnie. Podniósł się. Powoli i bez pośpiechu, zmniejszył odległość między nimi i wyciągnął do niej rękę, sugestywnie przyciągnął ją też do siebie. Bliżej. Sam nie wiedział, skąd ten gest. Nie tylko na filmach tak robili, żeby kogoś uspokoić. Pokazać swoje uczucia. Bliskość. Zrobiło mu się przykro, zwyczajnie smutno, że Tori wydawała się taka zmęczona tym wszystkim. Że nie mogła dokończyć normalnie zdania i się bała. Panikowała. Więc to normalne? To, że ją objął - delikatnie! Nie chciał zniszczyć jej świata i nie chciał zniszczyć tym bardziej jej. Był zbyt ciężki dla delikatnej skorupki tego świata. Zwłaszcza teraz. Nie ważne jednak, jak brudny by nie był - chciał zadbać o jej dobre samopoczucie i chciał ją chronić.
- Boli. Nie mogłem wziąć tabsów, bo jechałem. - Do niej. Żeby się upewnić, że wszystko u niej okej. Z nią okej. Więc skoro nic się nie stało - to naprawdę dobrze. Puścił ją i cofnął się, żeby dotknąć kubek herbaty. Ciepła. Aż poczuł przyjemny dreszcz na ciele. - Bardzo chętnie. Dziękuję. - Kocyk! Tak! Ubrał na siebie bluzę, żeby było cieplej, zanim usiadł na krzesełku - śmiesznie małym.

Victoria Johnson - 2018-04-01, 14:24

Czy to była hipokryzja? Nie w oczach Victorii - bo jej normalnym wydawało się, że jeśli ktoś stał się tobie bliski, to się o nią czy o niego martwisz. Nieważne, czy jest to osoba słaba czy silna, czy zaradna czy nie - po prostu się martwisz, bo nie znasz dnia, ani godziny. Tak to już było.
Nie spodziewała się, że złapie ją za rękę. W tej chwili w ogóle o tym nie myślała, starając skupić się na tych prostych zadaniach: zaparzyć herbatę, podać ją na stół. Jej dłoń drgnęła, oddając tym samym zaskoczenie Tori, to był odruch, ale jednak mu się nie wyrwała. Chociaż mogła. Chociaż powinna. Był przecież z DOGS - ale to stwierdzenie nie padło jeszcze na głos. Tak samo nie padło to, że on jest mutantem pracującym dla DOGS. Ani, że ona nim jest...
Jeśli można powiedzieć, że zaskoczyło ją, że złapał ją za rękę, to jak bardzo zdziwiona i nieprzygotowana musiała być na to, że on wstał i przyciągnął ją do siebie, żeby ją objąć? Jak w ogóle mogła się tego spodziewać? Tak, jasne, może i tego chciała, może i nie miała nic przeciwko, ale i tak jej garda była teraz opuszczona. Złapał ją tak kompletnie pozbawioną jakiejkolwiek ochrony. Nie opierała się, skądże... Przyciągnięta w ten sposób, sama wyciągnęła do niego ręce, żeby go objąć się wtulić - w osobę jednocześnie jej tak bliską, której ufała, i jednocześnie teraz nieznaną. Nieznaną? Przecież go znała. To, że pracował dla DOGS zupełnie nie zmieniało przecież tego, kim jest, jaki jest, ani co myśli. Tak, chciała myśleć, że teraz Sahir zmieni się nie do poznania, bo wtedy przynajmniej nie miałaby wątpliwości co zrobić... A teraz? Czy teraz miała go wyrzucić ze swojego życia? Tę samą osobę, która po akcji z pochodem jechała tu na złamanie karku, żeby sprawdzić czy nic jej nie jest? Tę samą osobę, która teraz przytulała ją do siebie? Życie nigdy nie było proste, a wybory... rzadko jednoznaczne. Jednak Viki na pewno nie posądzała go to, by był brudnym robakiem, którego trzeba trzymać na dystans. Powinna, ale nie potrafiła.
- A nie chcesz ich teraz wziąć? - no chyba, że planował zaraz się stąd ulotnić... Kiedy poczuła, że ją puszcza, ona też go puściła, jednak zapomniała się cofnąć. Kocyk. Tak. Zaraz poszła do salonu, by przynieść mu koc i zastała go z kubkiem herbaty w rękach i w bluzie. Podała mu koc. - Nie wyglądasz najlepiej...

Sahir Allison - 2018-04-01, 15:40

Przyjemnie było ją przytulać. Była naprawdę taka malutka! Taka ooo! Tyci-tyci. Jak laleczka. Nie ta porcelanowa, ale równie delikatna, którą trzeba traktować z szacunkiem i którą nie bawi się przez chwilę tylko po to, żeby ją wyrzucić w kąt, kiedy się znudzi - jak prawdziwie rozpieszczony dzieciak. Na szczęście ostatni typ, jakim można było go określać, było "rozpieszczony". Był grzeczny, ułożony, rzadko kiedy klął i nigdy nie robił na złość. Pomagał w każdym momencie, rzadko się denerwował, niemal nigdy nie unosił. I dbał o nią. Naprawdę - nic się nie zmieniło. Te dwa fakty, takie istotne, miały zadecydować teraz o całym jego charakterze? Nie przeszedł metamorfozy, ale może przejdzie ją, kiedy tylko z ust Tori padnie to jedno pytanie? Albo dwa. ewentualnie całe milion, kiedy wymagane będzie podanie wyjaśnień. Nic nie było wystarczająco oczywiste, żeby teraz, kiedy już się dowiedziała, nie wymagać wytłumaczenia, prawda? To nie był sekrecik, że Sahir tak naprawdę jest gejem. Albo sekrecik, że zakopał w swoim starym ogródku kapsułę czasu, lub ten, że tak naprawdę na swoim prywatnym komputerze w tym tajemniczym, zawsze zakopanym głęboko w plikach folderze trzyma porno z karłami. DOGS było organizacją, która nie była policją, nie była FBI, nie była tymi dobrymi ziomkami z sąsiedztwa, którzy tylko groźnie wyglądają, ale tak naprawdę wystarczyło dłużej popatrzeć i widziało się, jak pomagają babci przejść przez ulicę i robią dla niej zakupy w spożywczym, żeby nie dźwigała toreb. Przecież gdyby nie oni - jej siostra nadal by żyła i nic złego by się nie stało.
- Nie mam. Jestem przyzwyczajony. Nie martw się. - Pomachał lekko ręką w powietrzu niemal jakby odganiał mało natrętną muchę, chcąc jej dać znać, że problem jest nieważki i kompletnie nie wart wspominania. Oderwał kocyk i otulił się nim, wyciągając na blacie jak smutny psiak, któremu pozwolono oprzeć łeb na stole i teraz wypadało mu sprawdzić, czy nikt go za to nie zgodni. Tylko że on wcale nie wyłożył się ta dyskretnie i nie zerkał na boki, czy ktoś go przepędzi. - Użyłem trochę za dużo mocy. Jako mutant. - Objął dłońmi kubek, żeby się od niego ogrzać. Gdyby w kuchni był kaloryfer, pewnie usiadłby tuż przy nim, ale ten skrył się gdzieś za szafkami, skubaniec jeden. - Ty też jesteś mutantem? - Spojrzał na nią. Skoro była na pochodzie... ale mogła być na pochodzie, bo zależało jej na równości tych stworzeń. Uwierzyłby jej bez zmrużenia okiem, no bo czemu miałaby go oszukiwać? Zawsze jej ufał. Jej sekret, który tak skrywała, był bardziej na plus niż na minus - z pewnością nie miał niczego, co by mogło sprawić, żeby się jej obawiał. I z całą pewnością nie był tą osobą, która popędziłaby do DOGS i zdradziła jej sekret tej organizacji. Nie jej. Nie mógłby jej tego zrobić.
Na pewno? Na ile tak naprawdę Viki znała jego, a on znał ją, skoro coś tak istotnego pozostawało w ryzach niedopowiedzeń przez tak długo?

Victoria Johnson - 2018-04-01, 18:45

Bez przesady, nie była aż taka malutka, chociaż przy Sahirze rzeczywiście mogła się taka wydawać. Nie była też wątła, jej mięśnie były zarysowane - w końcu już od kilu lat nieprzerwanie ćwiczyła jogę, a miała też epizod ze sztukami walki. Ale nie była też napakowana. Odpowiednie słowo jakie ją określało, to chyba było: smukła. Na pewno nie wiotka. A słowa, jakimi można było czasami opisać Sahira to były: mężczyzna idealny. Dosłownie to samo pomyślała wtedy, kiedy go poznała. No bo hej, gdzie takiego znajdziesz? Nie dość, że było na co popatrzeć, bo jeszcze cała reszta zalet. I jedna duża wada, na cztery litery, pierwsza na D, ostatnia na S... To wymagało pytań, to oczywiste. Wymagało pytań i odpowiedzi. Tak samo jak kwestia genu X. Mógł jej powiedzieć? Mógł, tak samo jak ona mogła powiedzieć jemu. Ale ona nie mówiła nie bez powodu. Nie dlatego, że nie chciała się tym dzielić - to znaczy to też, bo wiadomo jak normalni ludzie patrzyli na mutantów: najczęściej ze strachem. Nie chodziło też o to, że mu nie ufała, czy o to, że gdy mu powie, to on przestanie się do niej odzywać. Nie mówiła, żeby przypadkiem go nie wkopać, żeby nie musiał ściemniać, kiedy jednak ktoś wpadnie na jej trop. I nie mówiła ze strachu o samą siebie. To były te same powody, dla których nie wiedzieli o tym jej rodzice oraz, dla których wyniosła się z Los Angeles. Nie była więc na niego zła, że nie powiedział jej, że sam jest mutantem. Równie dobrze mógł wyjść z podobnego założenia co ona, no bo hej, tego się nie mówi ot tak, z dupy, przy rozmowie o pogodzie. Jedyne o co mogła być zła, to ta sprawa z pracą dla DOGS. I była zła, trochę - i na niego, i na siebie...
- Mogę ci coś dać w razie czego - ba, mógł się tu nawet przespać, jeśli nie gonił go czas i jeśli poczułby się na tyle źle. Przecież nie wyrzuciłaby go z mieszkania, nie? Jasne, była impulsywna, czasami nawet nazbyt agresywna, ale teraz była na tyle zmęczona i wyzuta z energii, że nie było na to szans. Chyba sama powinna się położyć i zasnąć... A Sahira absolutnie nie zamierzała przepędzić, nawet nie zwróciła większej uwagi na to, że bezczelnie wyłożył się na jej stole. - Rozumiem - odparła mu, patrząc się na ten kubek z herbatą, a sama oparła się o szafki kawałek dalej. To jej "rozumiem" chyba wywołało kolejne pytanie, którego nie spodziewała się tak prędko. Tori uniosła spojrzenie wyżej, prosto na Sahira i zapadła cisza. Dłuższa cisza, w której brązowooka ważyła słowa i zastanawiała się co ma mu powiedzieć. Miała ściemniać? Mogłaby, ale jak dotąd nie okłamała Sahira. I nie chciała tego robić. Gdyby to był ktoś inny, to bez mrugnięcie okiem zaprzeczyłaby. Ale... Szlag, no był przecież na pochodzie. Jak wystarczająco długo pomyśli... Jeśli zwrócił uwagę na jej trzymanie się za głowę... Jeśli zorientował się kiedy jego moc przestała działać... Bo oczywiście jego stwierdzenie, że jest mutantem jej nie zdziwiło. Nie była pewna, która z mocy szalejących przy scenie była jego, ale wyraźne wyczuła, na które osoby jej moc podziałała. To działało w komplecie. Więc wiedziała. I Sahir też mógł dojść do tego, że i ona nie jest zwykłym człowiekiem. Powtórzmy to: wiedziała doskonale, że nie jest debilem.
Tori poczuła, że zaschło jej w gardle. I chyba wstrzymała oddech.
- Tak.

Sahir Allison - 2018-04-01, 20:15

Konwersacja wyjątkowo się nie kleiła. Takie miał wrażenie, może złe? Porozumiewali się, nigdy nie byli przecież tymi super gadatliwymi ludźmi, którzy obudzą się w grobie i wstaną z trumny na baczność z uniesioną ręka i okrzykiem na ustach "chciałem jeszcze powiedzieć, ze..!". Pełzli jak ślimaki, którym nie przeszkadzały nawet wielkie mury zamku wzniesione z piasku, które wokół nich wybudowały dzieciaki pod lasem pachnących jodłom. Na niebie zbierały się deszczowe chmury - niedługo spadnie deszcz, dlatego warto było wyjść z tego nietrwałego, piaskowego więzienia i przesunąć się w kierunku pola sałaty, obok którego mieszkali, a którego właściciel wybitnie ich nie lubił - ale cóż, nie zawsze można było być proszonym gościem. Znali drogi, którymi chadzali, chociaż oboje dość często zmieniali miejsce zamieszkania - Sahir w tym temacie pobiłby pewnie każdego. Szybkie były te powole ślimaki. Zadziwiająco szybkie w swojej powolności. To przez świat, nie przez ich tempo. Pokonywali kolejne metry, w trakcie których ziemia okręciła się już ze dwa razy - pędziła na złamanie karku, wraz z nią całe rzesze ludzi wznoszące modły do nowych bogów (autorytety zmieniały się równie szybko, próbowałeś je kiedyś kontrolować?), zapatrzeni punkt docelowy, w swoją metę. Nie liczyła się podróż - liczył się cel.
Dla ludzi bez celu podróż była wszystkim.
Ac, pole sałaty, pokonanie murów przed nimi - byle się wydostać i umknąć temu, co drzemało w cieniu i co obserwować mogliśmy tylko kątem oka. Jeśli spoglądałeś przed siebie - nie widziałeś dymu ciągnącego się za twoim plecami. Za każdym jednym krokiem. Wypalone w ziemi plamy, które spalały trawę - dlatego tylko piasek był odpowiednim królestwem dla takich marnych, mizernych istot. Przy czym Sahir nigdy by o Viki nie pomyślał jako o marnej. Była wielka mimo swej maleńkiej postury. Szybka mimo tego, jak wolno się poruszała. Mądra w ciszy, którą oferowała - całą sobą i swoimi słowami.
Sahir pokiwał lekko głową, chociaż wiedział, że takie słabe tabletki nic mu nie dadzą. Takie już brał. Znaczy - nie dadzą, heh. Chroniły przed bólem rozsadzającym czaszkę, który czuł, kiedy jechał do siedziby DOGS. Jechanie samochodem było samobójstwem, mógł się zabrać z całą ekipą. Nie zrobił tego - nie ma drążyć tematu. Gdyby zabrał się z nimi to musiał by drałować po samochód, nie poszłoby mu tak szybko i być może nie zdążyłby dojechać na czas do Tori. Jest tu, opatrzyli go - po krzyku. Kolejna blizna do kolekcji, nic wielkiego.
- Fajnie. - Chyba niefajnie. Sądząc po jej minie i znów po tym, że ledwo to z siebie wykrztusiła to chyba jednak tak fajnie nie było. Nie mogło być, sądząc po tym, jak wypowiadała się o DOGS... poczuł się teraz jeszcze gorzej. Opuścił spojrzenie na herbatę, unosząc się nieco, którą ciągle trzymał w dłoniach. Niefajnie. On był z DOGS, a ona... Właśnie, skąd ona była? - Bezpieczniej będzie, jeśli zniknę z twojego życia. - Była na pochodzie. Wiele rzeczy się tam działo - i ona też się działa. Sahir nie wiedział, jaką miała moc i... nie chciał wiedzieć. Nie chciał pytać. Ona chyba też nie chciała, żeby on wiedział, takie odebrał aktualne wrażenie. Zresztą sam fakt, że była mutantką i chyba użyła w tej panice pochodu swojej mocy... tak, widział, jak się kuliła. Jakby straciła kontrolę nad mocą - ale może wcale nie straciła? Może właśnie próbowała ją kontrolować? - Nigdy bym cię nie skrzywdził, Victorio. Przykro mi.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group